,,Wierzę w las, wierzę w łąkę i w noc, w czasie której rośnie zboże.”
(Henry David Thoreau)

Książką Rebecci Solnit Nadzieja w mroku zaczęłam się interesować, odkąd raz po raz słyszałam, jak powołują się na nią lewicowi i ateistyczni intelektualiści, szukający dla siebie jakiegoś światełka w tym rozpadających się na naszych oczach świecie. Zwyczajowy bałagan w polityce, złe rządy, wyzysk, nawet wojna były dotychczas tym, co jest wprawdzie okropne, ale nie jest wieczne, zawsze coś można było wymyślić, pchnąć na inne tory – ale od czasu, gdy na krawędzi przepaści stoi los całej planety, czyli coś tak elementarnego jak po prostu nasza egzystencja, zaistniała konieczność odnalezienia nadziei niejako wyższej instancji, sięgającej poza nawet groźbę unicestwienia. Jako osoba wierząca i duchowo interpretująca rzeczywistość zapragnęłam poznać tę nadzieję Solnit i porównać ją z moją nadzieją, płynącą z wiary w Boga. Co mi wyszło? 

Nadzieja nie jest radosną paplaniną 

Przez każdy esej w tym zbiorze, czy to te z początku tysiąclecia czy te z początku minionej dekady, przebija konsekwencja jednego założenia: w obliczu kryzysów i wyzwań świata, to skrajne postawy są pułapką, która impregnuje wolę i potencjał naszej podmiotowości. Zmianie nie przysłużą się ani rezygnacja (to dość jasne), ani też banalny optymizm w stylu ,,wszystko jakoś się ułoży”. Mowa zatem o nadziei, która nie prowadzi do ,,pudrowania” rzeczywistości, ale raczej do odważnego uznania prawdy, że nie było i nie jest dobrze; nadziei, która dowodzi, że w obliczu świadomości zastanego stanu rzeczy, wciąż możliwe jest pozostać twórczym i sprawczym. Solnit przestrzega jednak, że owe gotowość i nadzieja mogą wcale nie być już dzisiaj tym jasnym i oczywistym impulsem, za które zwykliśmy je brać jeszcze niedawno, ale należałoby je raczej sklasyfikować jako ,,opowieść o zagmatwaniu i niepewności, z których wyrasta możliwość nowego otwarcia” (Solnit, s. 9-10). 

Aktorzy z rubieży 

Niejeden raz Rebecca Solnit zabiera czytelnika już nawet nie za kulisy dziejów i ich interpretacji, co oferuje raczej lot balonem i perspektywę z lotu ptaka. Już na samym początku rozprawia się z tendencją do uważania za historię tego, co podają za nią osoby znajdujące się w świetle reflektorów. Autorka wprowadza metaforę sceny, co dość czytelnie odnosi się do szeroko pojętej przestrzeni rządów i tak zwanych miejsc oraz osób decyzyjnych na szczeblach administracji państwowych, korporacyjnych czy instytucjonalnych. Następnie zadaje pytanie, czy osoby na widowni, masa, my – w istocie możemy jedynie się przyglądać temu spektaklowi, finansując go, rzecz jasna, przez opłacanie ,,biletów wstępu” – czy może władza i społeczna sprawczość migoczą w miejscach często zupełnie nieoczekiwanych? Solnit przytacza różne historie, często przemilczane w ogólnej świadomości, kultywowane jedynie w niszowych środowiskach, takie, których brakuje w podręcznikach, ale ich niemy wpływ pobrzmiewa w rzeczywistości niczym drgania sejsmiczne, a znaczenie kształtuje następne pokolenia w pewnym sensie podprogowo. Okazuje się, że czasy i szerokości geograficzne pełne są anonimowych dla globalnej świadomości bohaterów, których heroiczne inicjatywy i nieustępliwość na niespektakularnej drodze małych zwycięstw składają się nieraz na przełomowe zmiany w społecznej mentalności, godne podziwu dzieło sztuki, które bierzemy za zwyczajowy pewnik, nie myśląc, ile godzin, zasobów i pociągnięć pędzlem kosztowało. 

Historie znikąd, zmiany na zawsze 

Nie będzie przesadą stwierdzenie, że nawet jeżeli ktoś miał zawsze szóstkę z plusem z historii i z wiedzy o społeczeństwie oraz ogólnie interesuje się ,,tym, co się na świecie dzieje”, podczas lektury Nadziei w mroku i tak będzie robił wielkie oczy, i ołówkiem tu i tam zakreślał jak szalony – bo albo dopiero się dowie albo zobaczy w zupełnie nowy sposób. Rebecca Solnit analizuje na przykład (to akurat blisko naszego podwórka), jakie drobne wydarzenia złożyły się na domino, którego ostatnim zwalonym elementem był mur berliński. Jakie dziedzictwo pozostawili po sobie zapatyści przez swoją rewolucję-nierewolucję w 1994 roku. Jaki wpływ miał tłum blokujący na ulicach Seattle szczyt Światowej Organizacji Handlu 30 listopada 1999 roku. Jaka nieodrobiona lekcja kryje się jeszcze dla nas w Nowym Jorku w wydarzeniach z 11 września 2001 roku. Co robią każdego dnia lokalni aktywiści i aktywistki, którzy walczą o to, żeby ,,neoliberalne potwory” nie zmonopolizowały i ,,nieukorporacyjniły” całego życia z nastawieniem na maksymalizację własnych zysków, a kosztem jakości produktów i dobrostanu lokalnych infrastruktur. Jak mali ludzie potrafią stanąć okoniem względem decyzji podejmowanych na najwyższym szczeblu i wygrać. Słowem: jak władza migruje z majestatycznie oświetlonej sceny i jest egzekwowana na przebudzonych peryferiach, na ulicach podczas marszów, w małych, dusznych biurach, gdzie nieważni dla świata ludzie nie dają za wygraną, gdy triumfuje niesprawiedliwość.

Światopoglądy, intuicje, pierwiastki

Kim jest Solnit? W końcowych uwagach dotyczących terminologii stosowanej w książce, określa samą siebie w sposób opisowy, wskazując na zużycie się takich określeń jak ,,lewicowiec” czy ,,postępowiec”: 

,,Podobnie jak część moich rówieśnic i rówieśników sięgam po pojęcie ,,lewica”, by opisywać starą i nieco problematyczną dziedzinę, z której wywodzi się – lub od której odchodzi – ten rodzaj aktywizmu, z jakim sympatyzuję; ,,radykalizm” to pojęcie nie aż tak silnie związane z konkretną historią i bardziej przydatne do opisywania tych, którzy i które zainteresowani są zmianą świata, mogę więc się na nim oprzeć. Rdzeń tego słowa, radix, dosłownie oznacza ,,korzeń”, co sugeruje, że radykałowie i radykałki docierają do sedna rzeczy, raczej do przyczyn niż do skutków” (Solnit, s. 259-260). 

I dlaczego zadaję to pytanie? Uważam, że wierzący powinni badać wszystko z dyscypliną i gracją zawodowego tancerza. Z całą otwartością i podejrzliwością osoby, która trzyma swoje serce i umysł pod ochroną – czego nie należy mylić z pełną niechęci ,,pobożną” zaściankowością – a jej bycie w świecie cechuje dojrzałe staranie, aby znać słuszną miarę rzeczy, jednocześnie ,,we wszystkim pokładając nadzieję” (1 Kor 13, 7). Łatwo jest być sceptykiem. To bycie człowiekiem dobrej woli jest trudne, zwłaszcza w kontakcie z tymi, którzy egzystencję pojmują według zupełnie innych kategorii i wartości. Podczas lektury esejów Rebecci Solnit byłam szczerze zadziwiona tym, z jak wieloma twierdzeniami się zgadzam. Nie były to może konkretne postawy światopoglądowe czy entuzjazm w obliczu bezceremonialnych stwierdzeń jak: ,,W 2004 roku w Urugwaju po stu siedemdziesięciu latach ludzie w końcu wywalczyli sobie porządny, lewicowy rząd” – jednak w książce pada mnóstwo zdań, nazwijmy to natury ogólnej, z którymi wręcz należy się zgodzić bez względu na jakąkolwiek przynależność, narodowość, czy inną ,,-ość”. Co więcej, byłam niemalże w szoku, jak wiele z tych rzeczy można uznać za bardzo prawdziwe duchowe intuicje, które śmiało można by głosić także w kontekście religijnym. 

Czyli co 

Aby głosić Ewangelię w sposób pełny, uczciwie jest obok nowiny o zbawieniu, przebaczeniu, pojednaniu z Bogiem, nowej tożsamości syna i córki Bożej, które otrzymuje się przez dzieło Jezusa oraz życiu wiecznym dla każdego, kto w Niego uwierzy – mówić także o całym zniuansowaniu duchowego życia, na które składają się także sezony posuchy, zwątpienia, prześladowania i cały codzienny, słodki koszt radykalnego życia z Bogiem. (Opisuję tutaj, rzecz jasna, zdrowe zwiastowanie Słowa Bożego, oparte na kerygmacie, a nie na przedziwnej nauce o ,,zasługiwaniu na pójście do Nieba za pomocą zdobywania dobrych uczynków”, które – Boże, zmiłuj się! – w większości słyszy się w kościołach). W takim kontekście bardzo prawdziwe okazują się słowa wzięte od Solnit, że: 

  • ,,zwycięstwo nie oznacza bierności” (Solnit, s. 14);  
  • nadzieja jest bardziej wymagająca niż rozpacz: ,,Nadzieja jest opowieścią o niepewności, o radzeniu sobie z ryzykiem, jakie niesie niewiedza o tym, co nas czeka za rogiem, a to jest bardziej wymagające niż rozpacz i w pewien sposób jeszcze bardziej przerażające. Ale i nieskończenie satysfakcjonujące. Gdy udaje nam się podźwignąć z głębokiej depresji, bądź gdy zbliżamy się do osoby w niej pogrążonej, uderza nas, jak całkowicie cierpienie jest pochłonięte samo sobą” (Solnit, s. 40); 
  • umiejętność godzenia się z paradoksami to coś zupełnie innego, niż pójście na kompromis; 
  • zwycięstwa są bezbronne: ,,Wydaje się, że powrót do domu [w znaczeniu ,,domowego ciepełka”, tzw. strefy komfortu] oznacza porzucenie zwycięstw, gdy nadal są kruche, nadal potrzebują naszej opieki i ochrony. Ludzkie dzieci w momencie narodzin są bezbronne, tak samo bezbronne są zapewne zwycięstwa, zanim okrzepną do kulturowej postaci normalnego stanu rzeczy” (Solnit, s. 128); 
  • czasem spalona ziemia rozkwita najbujniej: ,,W Kalifornii niektóre nasiona trwają w spoczynku przez całe dziesięciolecia, ponieważ zakiełkować mogą dopiero po pożarze” (Solnit, s. 133); 
  • zaangażowanie i dyscyplina w dążeniu do przełomów powinny być codzienną praktyką, a nie dopiero odpowiedzią na kryzys; 
  • różnica w postrzeganiu nie jest równoznaczna z konfliktem; 
  • życiu bardziej służy podejście ,,jazzowe” zamiast zero-jedynkowe: ,,Mamy tu do czynienia z otwartością serc, nadzieją, gotowością do zmian i ufnością. Cornel West wymyślił pojęcie ,,jazzowego bojownika o wolność” i zdefiniował jazz jako <<Nie tyle pojęcie określające formę muzyczną, ile sposób bycia w świecie, improwizacyjne, prometeuszowe, płynne i elastyczne podejście do świata, podejrzliwe wobec postaw typu albo-albo>>” (Solnit, s. 172); 
  • nie musi chodzić o stwarzanie świata na nowo, żeby dało się w nim żyć, co o życie w czasie tworzenia.
     

Odblaski. Tłumaczenie na ,,duchowe”

Życie w Chrystusie jest życiem w mentalności zwycięzcy, co otrzymuje się w pakiecie startowym wraz z chwilą przyjęcia przez wiarę w Niego daru zbawienia. Dar ten jednak jest też zadaniem, które trzeba podjąć, póki jest się na ziemi. Każdy dzień, w którym wierzący nie kultywuje poprzez czynne życie wiary swojej tożsamości w Bogu i świadomości tego, kim jest w świecie jako świadek Jezusa, jest stratą i ryzykiem popadnięcia w duchową melancholię, letarg, zwątpienie – ponieważ nieprzyjaciel nie śpi i nie pyta o zgodę na wypełnienie powstałej luki kłamstwami o naszym nikłym znaczeniu. Zwycięstw wiary nie można zatem zostawić szybko samopas, trzeba pilnować ich, aż okrzepną ,,do postaci naturalnego stanu rzeczy” (a i wtedy nawet zachować czujność!). I nie chodzi tutaj o życie w jakiejś ciągłej presji: jednym bowiem z bardziej uroczych paradoksów wiary jest to, że obietnica Jezusa naprawdę działa – owo brzemię wcale nie jest ciężkie (Mt 11, 30), a zasady dla tego, kto robi to wszystko z miłości do Ukochanego swej duszy, wcale nie takie trudne (1 J 5, 3). Dyscyplina duchowa potrafi przynosić nieporównanie większą frajdę niż realizowanie programu coachingowego czy planu treningowego w jakiejś dziedzinie sportu. Gdy staje się do tego codzienną praktyką zamiast dopiero reakcją na problemy, zaczyna aktywować coś, co już zupełnie nie przypomina tylko ,,sposobu na radzenie sobie z rzeczywistością”, ale przenosi do miejsca radosnego i twórczego wpływu na tę rzeczywistość.  

Metaforyka ognia/wypalania to w obrazowaniu rzeczywistości duchowej bardzo rozmaicie pobłyskujące szkiełko. Mamy dla przykładu ,,żar miłości” z Pieśni nad Pieśniami, ogień piekielny, piec oczyszczenia. Dla mistyków od dawna było dość jasne, że droga do zjednoczenia z Panem prowadzi przez ogień, który kolejno ma trawić wszystko, co nie jest przeistoczone jeszcze w Niego w wymiarach woli, pamięci i rozumu. Jan od Krzyża w Drodze na Górę Karmel pisze, że chodzi o to, aby te trzy władze ludzkie uległy kolejno transpozycji w trzy cnoty kardynalne: rozum w wiarę, pamięć w nadzieję, wola w miłość. Żadna z tych rzeczy nie wydarzy się bez odczuwalnego dla osoby kataklizmu jakby tracenia siebie, ale przecież po to, by siebie pozyskać na zawsze. Co więcej, zaproszenie do takiej podróży nie dotyczy wybrańców, ale jest potencjałem każdego ochrzczonego: ,,Wiek XXI albo będzie mistyczny albo nie będzie go wcale” (André Malroux). Dusze potrafią jednak kazać długo na siebie czekać, całe dziesięciolecia bronić się przed pożarem, nie kiełkując tak, jak im przeznaczone. 

Wydaje się, że gdyby wśród wierzących naturalnym prawidłem było każdej chwili to, o czym czyta się u początków 12. rozdziału Listu do Rzymian o ustawicznej potrzebie przemieniania swojego umysłu, światu ubyłoby wielu niepotrzebnych ekstremów. Wiele różnic wcale nie stałoby się zarzewiami konfliktów, a umiejętność zarządzania paradoksami nie myliłaby się tak często z ,,chodzeniem na judaszowe kompromisy”. I nie mam tutaj wcale na myśli chrześcijaństwa tak otwartego i liberalnego jak Ewangelia nigdy nie była i nie będzie, wcale nie oręduję za ,,chrześcijaństwem pogranicza z czymś tam jeszcze”. Wiedząc o uniwersalności i powszechności przekazu Ewangelii, które stanowi zaproszenie dla wszystkich bez wyjątku, należy jednak przypomnieć słowa przypowieści Jezusa, że kto pomimo otrzymania zaproszenia przyszedł ubrany w strój niegodny imprezy, na ucztę wpuszczony nie został. To, że są zasady, nie jest dyskryminacją. 

Warta zestawienia jest też kwestia tego, jak się pojmuje bycie radykalnie wierzącym. Odnoszę wrażenie, że Jezus, mówiąc o tym, iż Jego świadek powinien dla świata brzmieć tak-tak, nie-nie, bo co ponad to, pochodzi od Złego (Mt 5, 37), nie miał na myśli pracowania na renomę zacietrzewionego ,,zakutego łba”. Uczniowie szczerze zakochani w Mistrzu bardzo szybko orientują się, jakim był i jest specjalistą od subtelności, niuansów, dialogu i szukania zagubionej owcy aż do upadłego; jak Jego radykalność sprowadzała się do wyniesienia woli Ojca ponad własną oraz do umiłowania aż do końca tych, którzy nigdy nie powinni być tego warci. Chrześcijanom przydałoby się zatem chyba po prostu ,,więcej jazzu”, co w tym kontekście ni mniej, ni więcej oznacza synonim chrztu w Duchu Świętym i ścisłej z Nim na co dzień współpracy. Chodzi o bycie rozbrajającym świadkiem nielogicznej nadziei; nie o narzekanie i przekoczowanie jakoś tego świata ,,niegodnego nas”, ale o radosną sprawczość nie z tej Ziemi, o życie w czasie tworzenia. 

Źle opowiedziany Raj 

Rebecca Solnit podejmuje próbę zdemaskowania raju. Pisze, że kultury i religie przedstawiają go jako utopię, w której w zasadzie osiąga się stan błogiej bierności i nie ma już nic ciekawego do roboty. Brzmi to nad wyraz mizernie, więc proponuje dorosnąć, powyrzucać te wszystkie wizje do kosza i uznać, że jedyny raj, jaki może się nam przytrafiać, to ten ujawniający się w codziennych przebłyskach dobra. Przypomina to trochę logikę Piosenki o końcu świata Czesława Miłosza, tylko tam nie chodzi o raj – tam to koniec świata wydarza się w każdym ,,już i tu”; nie potrzeba jest też żadnego proroka, bo jego funkcję doskonale wypełnia staruszek przewiązujący pewnie na jakimś straganie pomidory. Autorka proponuje transpozycję myśli, wedle której raj nie jest czymś docelowym, ale jego znamiona nosi po prostu sama droga, ciągły proces, a tym samym jedyny wymiar, w jakim człowiek może twórczo kreować samego siebie i świat, gdzie żyje: 

,,Czasem myślę, że zwycięstwa muszą być chwilowe i niepełne jakiego rodzaju ludzkość mogłaby przetrwać w raju? Świat uprzemysłowiony próbował się zbliżyć do rajskiego ideału, budując swoje przedmieścia wypełnione luksusem, spokojem, przyjemnościami, ślepymi uliczkami, telewizją kablową i podwójnymi garażami i udało mu się wytworzyć rodzaj delikatnego ennui, które przesłania rozpacz i duchowy rozkład, sugerujące, że raj zamienia się w gułag. Mogą wam o tym opowiedzieć tabuny zrozpaczonych nastolatków wszystkich płci. Raj nie wymaga od nas odwagi, bezinteresowności, twórczości, namiętności we wszystkich opowieściach raj jest bierny, znieczulający, a jeśli dobrze się wczytać, także bezduszny. (…) Niektórzy obdarzeni wyobraźnią chrześcijańscy heretycy i heretyczki czcili Ewę za to, że wyzwoliła nas od raju (mit szczęśliwego upadku). Zrozumieli oni, że przed upadkiem nie byliśmy w pełni ludźmi w raju Adam i Ewa nie musieli zmagać się z kwestiami moralnymi, z rozmaitymi stworzeniami, ze społeczeństwem, ze śmiertelnością. Uświadomili sobie własne człowieczeństwo dopiero w trakcie zmagań, do których zaprasza niedoskonały świat” (Solnit, s. 153-154). 

 

Takie postawienie sprawy zdradza jednak dość powierzchowne przyjrzenie się sprawie wizji spędzenia wieczności, jaka wyłania się z tradycji judeochrześcijańskiej. Dziwi to tym bardziej, iż Solnit nazywa samą siebie ,,katolicką Żydówką” (https://www.thewhitereview.org/feature/interview-with-rebecca-solnit/), ze względu na irlandzkich dziadków-katolików ze strony matki i żydowskich ze strony ojca. Tendencyjność obrazu ,,nudnego raju” wyłania się bowiem tylko z potocznej, kulturowej recepcji tego zagadnienia. Dla każdego wierzącego, który z zaangażowaniem zgłębia meandry własnej teologii, dość oczywiste jest, że wieczność spędzona w uwielbionym ciele, nieznającym choroby i śmierci, w chwalebnej rzeczywistości pozbawionej grzechu, gdzie twórczość, potencjał i możliwości są nieograniczone oraz, co najważniejsze, w niezmąconej jedności i relacji miłości z Bogiem, jako ukochanym Oblubieńcem – jest niewymownie daleko od ,,czegoś nieciekawego i ograniczającego”. Ponury wniosek, jaki się tu wyłania, byłby więc raczej czymś w rodzaju apelu do wierzących: świat umiera bez prawdziwej wizji raju tylko dlatego, że źle ją opowiadacie, jeśli nadzieja napędzająca wasze życie robi zły pijar życiu wiecznemu, to to jest bardzo kiepskie świadectwo i niepowetowana strata; pora się nawrócić! Musimy przestać żyć tak, jakby w tym wszystkim chodziło o zapatrzenie się w instytucję (która ma blaski i cienie, a nawet mroki, bo wciąż aktywna jest tzw. tajemnica nieprawości). Musimy zapatrzyć się na Osobę, wskazać na Relację. Instytucja nigdy nie miała być czymś pociągającym, tylko On Sam; On Sam dopiero uświęca wszystko.   

Co zatem 

Autorka Nadziei w mroku oręduje za koniecznością pokochania procesu, drogi i niekończącej się pracy oraz do ochoczego i pełnego dobrej woli brania kryzysów za szansę samodoskonalenia. Czuwać ma nad tym figura tak zwanego ,,anioła historii odmiennej”, który, w odróżnieniu od anioła historii Waltera Benjamina, nie jest postacią fatalną i wzniośle tragiczną, ale aniołem od ,,psikusa przetrwania”, aniołem niepoprawnym, przekornie utylizującym losy ziemi w coś absurdalnie sensownego. Rebecca Solnit nie wskazuje na żaden nowy ustrój, ideologię czy ruch. Narracja esejów przedziera się przez dotychczasowe utopie i wizje urządzenia społeczeństw z maczetą deziluzji. Żyjemy w rzeczywistości tysiąca nieziszczonych projektów świata; to w każdym wymiarze rzeczywistość ,,post-”. Grupa radykałów, do której Solnit się zalicza, unika precyzyjnej deklaracji, kwestia takiej przynależności światopoglądowej formułuje się mniej więcej tak: wywodzimy się z pewnością z ruchów lewicowych, ale nie jesteśmy tą zużytą, pogubioną, oficjalną lewicą, jeżeli mamy już kimś być, to jakimś rodzajem ,,postlewicy”, wolnym, otwartym i nieobciążonym starymi błędami. W pewien sposób jest to kojące, a nawet porywające dla tylu serc zmęczonych ciągłym złym stanem świata. Pytanie tylko, czy taki, nazwijmy to, ruch deziluzji i antyutopijnego brania świata takim, jakim jest, nie jest aby – o ironio – niczym innym jak właśnie nową utopią? Od poprzednich zdaje się ją odróżniać tylko programowa ucieczka przed samookreśleniem: 

,,(…) pisze do mnie mój londyński przyjaciel John Jordan, wspaniały pisarz i działacz (dawniej w Reclaim the Streets, obecnie w ruchu na rzecz globalnej sprawiedliwości): Nasze ruchy próbują stworzyć politykę, która rzuca wyzwanie wszystkim pewnikom tradycyjnej polityki lewicowej, nie zastępując jej nowymi pewnikami, ale rozmywając każde przekonanie, zgodnie z którymi dysponujemy odpowiedziami, planami czy strategiami, które są nieprzemakalne lub uniwersalne. Tymczasem nasze strategie muszą raczej właśnie przypominać samą wodę, która dzięki płynności, nieustannemu ruchowi i ewolucji podmywa wszystko, co trwałe, twarde i sztywne. Staramy się zbudować politykę procesu, w której jedynym pewnikiem jest robienie tego, co wydaje się słuszne we właściwym czasie i miejscu – politykę, która nie czeka, ale działa w danej chwili, nie po to, by stworzyć coś w przyszłości, ale by budować w teraźniejszości; jest to polityka tu i teraz. Kiedy pytają nas, jak zamierzamy budować nowy świat, odpowiadamy: ,,Nie wiemy. Chodźmy zbudować go razem”. W rezultacie mówimy, że cel nie jest aż tak ważny jak środki, i stawiamy na głowie setki lat politycznej formy i treści, przedkładając kontekst nad ideologię, odrzucając czystość i doskonałość, i w gruncie rzeczy odwracając się do przyszłości plecami. (…) Przejęcie kontroli na przyszłością leży u podstaw niemal każdej historycznej strategii zmiany społecznej, a tymczasem my tworzymy ruchy, które wierzą, że ,,odpuścić sobie” to najpotężniejsza rzecz, jaką możemy zrobić. Odpuścić sobie – to znaczy odwrócić się od wszelkiej władzy i znaleźć wolność. Przywrócenie ludziom ich twórczej sprawczości oraz reaktywacja ich zdolności bezpośredniego wtrącania się w sprawy świata leżą w samym sercu tego procesu” (Solnit, s. 175-177).  

 

Rozkoszowanie się samą drogą zanim jeszcze nastąpi euforia przełomu to bardzo cenne prawidło w rozwoju duchowym. Kto się nauczy je praktykować, ten zdobywa prawdziwy skarb. Dla wierzącego jednak owa droga sama w sobie nigdy nie jest bezdusznym polem treningowym – ta droga jest Osobą (J 14, 6). Co więcej, u celu również Ktoś jest. Niebezpieczeństwo ,,ubożkowienia” samego procesu/drogi zostaje więc pięknie rozbrojone. 

Otwarty łeb. Posłowie od serca 

Bardzo dużo się nauczyłam, czytając eseje Solnit. Wnioski dotyczące tego, jak szukać nadziei w mroku dzisiejszego świata, w wielu miejscach okazały się uniwersalnymi intuicjami dla każdego człowieka, bez względu na poglądy. Nabrałam sporo otuchy, przeświadczenia o wadze własnej sprawczości oraz radość z odkrycia, że nie trzeba się obrażać na życie, ale że wszystko zawsze może służyć ostatecznie ku dobremu. (Zwłaszcza dla ,,tych, którzy Go miłują” (Rz 8, 28)!) 

Nie byłam bezkrytyczna, ale nie byłam też inkwizycją. Kto wie, kim jest, potrafi rozróżnić, co jest co, i wziąć dla siebie to wartościowe, bez poczucia zagrożenia. 

Czułam też jednak smutek z powodu ,,pustego Nieba”, jakie wyłania się z przedstawienia świata, opisywanego w esejach. To także mój świat, ale jakiż inny, gdy pozbawiony Osoby (czy też trzech Osób). Wiele z owej nadziei w mroku Solnit okazało się być też moją nadzieją. Jedyne, co je odróżnia, to źródło i adresat. A deziluzja, której nie brakuje i w moim życiu, jest z kolei bardzo auto-referencyjna: ja już nie mam śmiałości, żeby opierać powodzenie mojego życia na wierze w samą w siebie – to zupełnie chybiona inwestycja sił! Nie oznacza to jednak wcale utraty podmiotowości i sprawczości. Paradoks tajemnicy wiary i tajemnicy lekkości. (Czy nie o twórczym potencjale zarządzania paradoksami pisze również Solnit?) 

Uświadomiłam sobie również, jak wielkie jest niezagospodarowane pole dawania pociągającego świadectwa wiary w społeczeństwach, w jakie są wpisani ludzie wierzący. Wiele z tych ,,post-” pomysłów na rzeczywistość nie byłoby potrzebnych, gdyby przebudzeni w swojej sprawczości w Duchu Świętym ludzie wchodzili w pełnię swojego powołania oraz w miejsca społecznego wpływu, zamiast żyć schowanym życiem z powodu wiary w jakąś smutną, bo źle opowiedzianą Ewangelię. 

Czyli jednak rację miała Olga Tokarczuk podczas swojego noblowskiego przemówienia: potrzebujemy przebudzenia narracji, którymi żyjemy. 

Wciąż możemy porywająco opowiedzieć światu o Drodze, Prawdzie i Życiu. Jeśli naprawdę damy się porwać – Słowu.  

___________________________________________ 

,,Sądzę bowiem, że cierpień teraźniejszych nie można stawiać na równi z chwałą, która ma się w nas objawić. Bo stworzenie z upragnieniem oczekuje objawienia się synów Bożych. Stworzenie bowiem zostało poddane marności – nie z własnej chęci, ale ze względu na Tego, który je poddał – w nadziei, że również i ono zostanie wyzwolone z niewoli zepsucia, by uczestniczyć w wolności i chwale dzieci Bożych. Wiemy przecież, że całe stworzenie aż dotąd jęczy i wzdycha w bólach rodzenia. Lecz nie tylko ono, ale i my sami, którzy już posiadamy pierwsze dary Ducha, i my również całą istotą swoją wzdychamy, oczekując – odkupienia naszego ciała. W nadziei bowiem już jesteśmy zbawieni.” (Rz 8, 18-24)       

__________

Rebecca Solnit

Nadzieja w mroku

przekł. Anna Dzierzgowska, Sławomir Królak

Wydawnictwo Karakter

2019 rok

260 stron

Dział publicystyczny „Na werandzie” funkcjonuje dzięki wsparciu darczyńców Fundacji „SOWINSKY”. Możesz nam pomóc tworzyć i rozwijać tę przestrzeń przy pomocy wpłat na konto naszej Fundacji: 13 1140 2004 0000 3302 7887 9056 tytułem „darowizna na realizację celów statutowych”.

Dziękujemy za wsparcie! Dzięki Wam możemy tworzyć dalej. 🙂