,,Domyśla się on swego miejsca w gmachu świata, przeczuwa i zna tych
nieśmiertelnych, przeczuwa i lęka się możliwości spotkania samego siebie,
wie o istnieniu owego zwierciadła, w które tak bardzo pragnąłby spojrzeć,
chociaż się tego spojrzenia tak śmiertelnie obawia.”
// (Hermann Hesse, Wilk stepowy)

Możemy pocałować Platona w nos za to, co wyrządził naszemu duchowi. To dzięki niemu nauczyliśmy się oddzielać ciało od duszy jak zbędny, przyciężki, uciążliwy balast, który przykleił się do czystej esencji. Nasza materia, te wszystkie biologie, fizjologie, ręce i nogi zrobiły się jakieś nieporęczne, nie wiadomo, w co je włożyć; jak przykry, trochę nieprzyzwoity sekret. 

Co innego dusza. Czystość, niematerialna lekkość i wdzięk. Nie trzeba jej kąpać, szczotkować, przycinać paznokci ani czyścić uszu. Cała jej idea jest doskonała, wyrafinowana, bez zarzutu; to pociąga. Kto by już nie chciał stać się nią? Tą duszą, która się nie poci, nie ma rozterek. Po prostu eterycznie góruje nad wszystkim, co przyziemne.

Problem, sęk – a raczej dobra nowina – kryje się w tym, że Pan Bóg wcale niczego tak nie oddziela. Nie każe wybierać duszy w miejsce ciała, bo zbawia jedno i drugie. Nie każe ignorować ciała jako przejściowej niedogodności, bo przecież zamierza je kiedyś wskrzesić. Czy wskrzesza się coś wstrętnego czy może raczej kochanego, co chce się ocalić od wiecznego rozkładu? Nie każe dbać o duszę kosztem ciała, raczej chce, żeby jedno z drugim funkcjonowały tak, jak zostały stworzone – jako psychofizyczna i duchowa jedność.

Zmysłowość człowieka nie jest problemem, przeciwnie, to bardzo hojny dar od Boga. Problemem jest zmysłowość, która rządzi człowiekiem – to tak jakby ogon wywijał psem (rozumiemy, że niepoważne, właściwie śmieszne). Stwórca przewidział dla nas naprawdę niejedną przyjemność, Jemu od zawsze zależało, żebyśmy rozkoszowali się życiem: smakami, fakturami, widokami, dźwiękami, zapachami. Razem z Nim, przez Niego, dla Niego – automatycznie i w zupełnie zdrowej reakcji – pękali z dziękczynienia, doświadczając. Zmysły zostały stworzone jako jeszcze jeden pomost pomiędzy Panem a nami. Czemu kwitnie duchowość, która robi z nich konia trojańskiego (ach, te greckie analogie!)?

Problem to my mamy w gruncie rzeczy z tym, że Bóg nam ufa, że nie zawalimy sprawy. Właściwe częściej wolimy, żeby nam nie ufał, mniejsza odpowiedzialność, można się schować za swoją karłowatą sprawczość. Umywamy ręce od samych siebie jak Piłat: niech samo jakoś się toczy. A Bóg nie przestaje nam ufać, bo wyposażył nas w coś jeszcze – potencjał, żeby wiedzieć, co zrobić ze swoim życiem, właśnie wziąć za nie brawurową odpowiedzialność i doświadczać nieprzytomnej satysfakcji. On tak kocha naszą sprawczość. Czemu tak często myślimy, że to robienie z siebie pierdoły przynosi Mu chwałę? 

Roztkliwiło mnie ostatnio, gdy rozważałam 15. rozdział Listu do Koryntian o kwestii zmartwychwstania, że Jezus nie stał się cielesnym człowiekiem, wzdychając, prychając i będąc zirytowanym, co ci ludzie ze sobą zrobili. Ale z miłości. Żeby przywrócić ciału chwałę, żeby znów przypomnieć, że ciało ma znaczenie: ,,nie najpierw duchowe, lecz ożywiane duszą, potem duchowe. Pierwszy człowiek – z ziemi, gliniany, drugi Człowiek – z nieba” (1 Kor 15, 46). Przez kabinę śmierci przechodzi ciało ożywiane duszą, by powstało ciało duchowe, chwalebne. Ale to wciąż ciało! Czy masz świadomość tego, że nie spędzisz wieczności jako bezkształtny plankton, ale dokładnie w tym ciele, które masz teraz, tylko uwielbionym, z nowymi właściwościami – co jest utrzymywaną przez Boga w ekscytacji tajemnicą, jakie ono będzie, ale mamy pewną wskazówkę z tym, jakie było ciało Jezusa po zmartwychwstaniu: nie musiał się przejmować otwieraniem drzwi i czasoprzestrzenią, i wiadomo, że jadł rybę nad jeziorem! Ja osobiście wierzę, że będziemy doświadczać synestezyjnie, czyli na przykład słyszeć kolory i smakować dźwięki. Nieograniczeni. Jak w Avatarze i Jestem bogiem równocześnie, tylko że jeszcze bardziej! Czy to nie ciekawe, że kręcimy filmy o takich rzeczach? Czy to nie jest tak, że pewne tęsknoty i przeczucia po prostu w nas są, bo jesteśmy z Boga?

Święty Paweł pisze, że ze śmiercią i tym całym złożeniem do grobu jest jak z zasianiem ziarenka w ziemi. Jeśli się go nie zakopie, jeśli nie umrze, nie wstanie z ziemi przeobrażone w kłos, kwiat, drzewo. Czyż nie pięknie to Bóg potrafił odkręcić? Całą tę hańbę umierania. Ubrał to jeszcze w tyle obietnic, na które warto czekać: gdy nasze ciała zmartwychwstaną, będziemy rządzić u boku Jezusa i w ogóle będziemy przeżywać istnienie jako coś tak nieporównywalnie mocniejszego, że będzie to jakby przeprowadzka do domu po mieszkaniu w namiocie: ,,bo my wiemy, że gdy ten namiot naszego ziemskiego zamieszkiwania zostanie zwinięty, otrzymamy dom od Boga, wieczne mieszkanie, nie ręką zbudowane” (2 Kor 5, 1). Wyobraź sobie, że nareszcie po koczowniczym trybie przeprowadzisz się do domu. Na zawsze. Bez zobowiązań, transfer oparty na Miłości.

Jest jeszcze kwestia innej analogii. Jako wierzący jesteśmy określani mianem Ciała Jezusa. Nie duchem, duszą czy duszyczką. Ciałem. On głową, my całą resztą. Nasze ciała mają znaczenie. To nie jest znowu jakaś platońska metafora, że to takie ciało-nieciało, mimoza, właściwie nie wiadomo. Wiadomo: ciało to ciało. Jezus nie ma już ciała na ziemi, ma ciebie. Rozumiesz? Twoje ciało ma znaczenie. Na ile traktujesz je z taką godnością? Czy możesz uczciwie powiedzieć, że Jezus dysponuje twoim ciałem na ziemi? Czy w ogóle wiesz, że jesteś Jego ambasadorem? I nie chodzi o presję, że zaś masz coś zrobić, coś wypełnić, zaliczyć. Chodzi o zaszczyt, jaki masz: twoje ciało ma znaczenie, jesteś ważną reprezentacją Boga na ziemi.

Wiadomo, że wszystko jest połączone. Że samym mięsem nie jesteśmy, żebyśmy się mieli tylko tak zachowywać. Dlatego na przykład post, działanie Duchem, a nie brzuchem (normalna dyscyplina życia duchowego), dyscyplina snu, stylu życia, żywienia. Modlitwa nigdy nie smakuje tak, jak po tygodniu tęsknego postu, którego motywacją jest miłość. Albo gdy po prostu jesteś wyspany i nie żresz jak szalony o dziwnych porach czy w ogóle złe rzeczy. Ciężko się modlić ze zgagą, wzdęciami, ssaniem w żołądku. Czemu się dziwisz, że trudno wtedy ,,złapać połączenie z Górą”, że nie słyszysz, co Bóg mówi? Po prostu zadbaj o siebie.

Od czego jesteś uzależniony? Od kawy? Od mięsa? Od słodyczy? A może od niejedzenia i w ogóle olewania sprawy? Ile wiesz na temat diety dobrej dla ciebie, zgłębiasz temat, czy po prostu dalej kotlety na głębokim tłuszczu, bo mama tak robiła? I nie chodzi też o to, że napchasz się suplementami, nie zmieniając nawyków, które piłują twój organizm od lat, może nawet całe życie. A sen? Wiesz, że pewne obszary mózgu regenerują się tylko wtedy, gdy śpisz w fazie snu, która w rytmie dobowym przypada na przedział 22:30-01:00. Że zarwana nocka powoduje następnego dnia w ciele takie zamieszanie, że reaguje on, jakbyś miał insulinooporność przy cukrzycy typu drugiego? Że nie da się ,,odespać tygodnia w weekend”, bo nawet jest to właśnie szkodliwe dla organizmu i ktoś robił badania, że przez to najwięcej zawałów zdarza się w poniedziałek rano. Szanuj się: twoje ciało ma znaczenie dla Królestwa, spędzisz w nim całą wieczność.

Pływasz, biegasz, ruszasz się? Nie traktuj tego jako żmudnego zadania, żeby nie być grubym. Nasze ciała po prostu tego potrzebują, żeby chociażby endorfiny się uwalniały. Nie jesteś listą zabiegów i czynności do wykonania. Jesteś listem od Boga dla innych. Jak się go czyta? Jesteś napisany na miękkim papierze czy chropowatym? Jakim pismem: nerwowym czy starannym? Jestem ciekawa twojej czcionki. Twoje ciało ma znaczenie.

Pamiętam, jak na pierwszym roku studiów w czerwcu zrobiłam sobie post Daniela. Czyli same warzywa i owoce, i to jeszcze te najbardziej ubogie w białko i cukier. Trzytygodniowy detoks dla ciała i ducha. Nigdy nie czułam większej harmonii w sobie jak w czasie tych dni. Najpierw to szok dla organizmu i może się kręcić w głowie i różne takie bunty, ale później, gdy już się on przestawi na ten tryb… Wtedy chyba po raz pierwszy w życiu tak cudownie dotkliwie zrozumiałam, co to znaczy, że nasz duch, dusza i ciało są jednością, nic nie jest zakłócone, w rzeczywistość wchodzi się jak w masło. Po prostu nie traci się pary na trawienie ciężkostrawnych rzeczy, etc. – i można się tak precyzyjnie wsłuchiwać w Jego Serce. Jest tak… cicho i spokojnie. Cudowne doświadczenie. Ile rzeczy w doświadczaniu, przeżywaniu i odbieraniu rzeczywistości umyka nam albo przypada nam w dużo płytszej wersji tylko dlatego, że jesteśmy ociężali przez nieregularny sen, złą dietę i kanapowy tryb życia? A przecież wciąż nosimy w sobie tęsknotę za czymś więcej, bardziej. Odpowiedź na to może być nieoczekiwanie blisko, nawet nie pod latarnią: w niej samej.

Jakoś jasne jest dla nas, zostaliśmy tu dobrze wyedukowani, że jeśli karmimy naszego ducha śmieciowymi treściami, nie będzie on się rozwijał, raczej karlał. Czemu nie odnosimy jakoś tej analogii do naszych ciał? Jak mają objawiać Bożą chwałę, jeśli o nie nie dbamy. Jakim jesteśmy świadectwem? Myślę, że wierzący w Jezusa powinni być najbardziej wysportowanymi, ogarniętymi w żywieniu, ożywczym stylu życiu ludźmi w społeczeństwie. To by się zgadzało z potencjałem chwały i godności, którą Bóg w nas wczytał. Inaczej ewangelia głoszona naszym życiem ma słaby pijar, niską jakość nadawania, a przecież to my mamy nadawać światu smak. Może dlatego jest on więc taki mdły, bo zajmujemy się bardziej kunsztownym rozwijaniem teologii biedowania niż pełni życia i tryskania strumieniami wody żywej z naszego wnętrza. Jezus naprawdę nie przyszedł nas zamęczyć, ale zbawić. Kojarzysz?

Nie proponuję paranoi i hedonizmu, jak coś. Zachwycam się misternością naszych układów. I ile tajemnic i wiadomości na temat Boga kryje się po prostu w tym elementarnym jak codzienny kubek wody i mycie twarzy urządzeniu spraw. Praca, mozół, wysiłek, koszt, obumieranie, zapieranie się siebie. To wszystko przecież wciąż tu będzie. Ale za często zatrzymujemy się na samym trudzie. Tymczasem Jezus od początku zdradził: to są błahostki wobec efektu i smaku nagrody, która jest po tym wszystkim; po prostu patrz mi prosto w oczy i chodź; nie spuszczaj wzroku, nigdy nie spuszczaj wzroku; patrz na Mnie. I chodź.

 Maja Sowińska

__________________________________________________________________________

Fot. Kasia Lewek

***

Dział publicystyczny „Na werandzie” funkcjonuje dzięki wsparciu darczyńców Fundacji „SOWINSKY”. Możesz nam pomóc tworzyć i rozwijać tę przestrzeń przy pomocy wpłat na konto naszej Fundacji: 13 1140 2004 0000 3302 7887 9056 tytułem „darowizna na realizację celów statutowych”. 

Dziękujemy za wsparcie! Dzięki Wam możemy tworzyć dalej. 🙂