Uwielbia opowiadać historie obrazem, zwłaszcza poprzez klimatyczne fotografie kulinarne i intymne portrety. Projektuje graficznie, okiełzna każdy projekt wizualny i artystyczny. Ponad tym wszystkim wyłania się jako żona i mama trójki, której drogie jest świadome życie w zgodzie z pulsem natury. I o tym właśnie z Ulą porozmawiamy.

Maja Sowińska: Co było dla Ciebie impulsem do zmiany codziennych nawyków? Uległaś modzie czy to coś głębszego?

Ula Demczuk: Przede wszystkim to kwestia tego, w czym wyrastałam – w poczuciu, że to ma głęboki sens okazywać troskę innym, słabszym, oraz przyrodzie, która nas otacza. Moja Mama, która była dla mnie pewnego rodzaju wzorcem, miała to w sobie, taką uważność na słabszych, na dzieci. Czasami miałam nawet wrażenie, że jej serce „nadawało” i rozumiało bardziej świat dzieci niż twardy świat dorosłych. Potrafiła czule wchodzić w ten świat i podążać, tak jak umiała. Potrafiła, choć nie była jakimś certyfikowanym pedagogiem i robiła to bardzo intuicyjnie. Opiekowała się biednymi zwierzętami: ptakami, kotami, pomagała różnym organizacjom. Była oszczędna, ale nie skąpa – jej oszczędność wynikała z szacunku, np. do jedzenia. Szanowała też rzeczy, dużo robiła samodzielnie, szyła sama. Ja w pewnym momencie, na studiach, po wyprowadzeniu się z domu, miałam dosyć tych zachowań: tego zjadania chleba do ostatniej piętki, kombinowania, co zrobić z warzywami z rosołu, wygrzebywania ze słoika ostatniej łyżeczki dżemu. Chyba przeżywałam jakiś rodzaj buntu i ustanawiania wszystkiego na nowo, po swojemu. Zapewne też swoje robił „wirujący świat kolorowych możliwości”, jednorazowych i łatwych w obsłudze produktów zawrócił mi w głowie. Potem natomiast powoli, powoli zaczęłam za tym tęsknić i wracać, odnajdując w tym szacunku do dóbr, jakimi jesteśmy pobłogosławieni, głęboki sens. Chyba musiałam to zrozumieć jako dojrzała osoba, żyjąca w tym konsumenckim świecie, że to nie była kwestia jej (Mamy) utrudniania życia sobie i innym, ale rodzaj wdzięczności za to, co miała. Teraz mnie to bardzo wzrusza. Jeszcze zanim zero waste stało się modne, moja Mama potrafiła przyjechać do nas w odwiedziny w eleganckim płaszczyku i butach, niosąc w każdej ręce po jednym wielkim brokule, kupionymi na targu, trzymając je za liście, byleby nie brać siatki. Ostrzegała nas przed mikro plastikiem, dzwoniła do mnie, żebym jedzenie trzymała w szkle. Był jeszcze wtedy czas, kiedy to uważano za dziwactwo, teraz, mam taką fantazję, że może uśmiecha się tam z góry, widząc, że miała rację. Niezwykłe jest to, że w ostatnich tygodniach, kiedy była z nami tu na ziemi, dużo rozmawiałyśmy właśnie o ekologii, jej trzeci wnuk miał wtedy kilka miesięcy. Ja opowiadałam jej o książce Bei Johnson i o ludziach, którzy redukują śmieci do minimum. Na kredensie w salonie do dziś jeszcze leżą, jak jakiś artefakt, flanelowe kółeczka, które wycinała dla mnie i dla mojej siostry, aby, jak już poczuje się lepiej, obrzucić je na maszynie do szycia i zrobić nam wielorazowe płatki do demakijażu. Myślę o tym, aby ich w końcu zacząć używać, mimo, że zostawiła je niedokończone, bo nie robiąc tego, odbieram im sens.

Maja: Czyli eko-moda nie miała na Ciebie większego wpływu? Przy tak pięknym, naturalnym, domowym tle…

Ula: Oj, tak, to głębsza rodzinna historia, choć moda na eko też mnie cieszy. Ale też momentami irytuje. Są takie „ciemne strony” tego trendu: firmy czy osoby, które próbują na tym zbić biznes, wmawiając ludziom, że aby być eko, muszą sobie coś kupić. Tymczasem chodzi o to, aby tak zupełnie niekomercyjnie zacząć uważniej przyglądać się temu, co już mamy, i używać tego właśnie jak możemy najdłużej. Śmieszą mnie w eko-drogeriach wielorazowe patyczki do uszu za 15 zł (sztuka), przytwierdzone do pięknie zadrukowanego kartonika o fajnym dizajnie. To trochę dziwaczne moim zdaniem. Tak jakby współczesny człowiek potrzebował wszystko kupić, nawet coś tak pozornie prostego jak kawałek drewienka z nawiniętym na niego strzępkiem waty.

Maja: Jest ktoś albo co, co Cię inspiruje? Jakiś blog, książka?

Ula: Poza moją Mamą inspirują mnie osoby, które zdroworozsądkowo podchodzą do tematu. Książka Bei Johnson Pokochaj swój dom. Zero waste home była dla mnie bardzo ciekawym otrzeźwieniem, że możliwe jest zorganizowanie życia tak, aby być mniej uciążliwym dla planety. Choć nieco zbyt ortodoksyjnym, jak na moje możliwości, mimo wszystko jednak bardzo inspirującym. Duży wpływ miał też na mnie film Minimalizm Matta D’Avella, i choć jestem raczej typem zbieracza danych powoli, krok po kroku zaczęłam rewidować swoje podejście do posiadanych przedmiotów, ubrań. To z czasem przełożyło się również na decyzje zakupowe. Dająca do myślenia była też mała książeczka Sztuka porządkowania życia po szwedzku Margarety Magnusson, która nie jest pisana przez wierzącego ascetę (z tego co kojarzę, autorka jest niewierząca), a mimo to tak wiele kwestii dała mi do myślenia właśnie w kontekście duchowym: czyż zagracając swoje życie, nie zagracamy go także innym? Z czym zostawimy bliskich po naszej śmierci? Wiesz, to mi przypomniało niezwykle ważne memento mori, a także jedną karteczkę, którą zobaczyłam pewnego razu na rekolekcjach w Chęcinach, w zakonie. Tam była taka tabliczka, coś w stylu regulaminu utrzymania porządku, a na niej mniej więcej: „Okaż miłość i szacunek tym, którzy przyjdą tu po Tobie poprzez to, że zostawisz to pomieszczenie w takim stanie, jakby Cię tutaj nie było”. To było jednocześnie i straszne i piękne. Straszne, bo wtedy myślałam, że sensem życia jest pozostawić po sobie jak najwięcej „pamiątek”, piękne – że uważność, co się pozostawi po sobie (czy bałagan czy porządek) jest istotnym przejawem troski i miłości.

Maja: I tu nam naturalnie wszedł temat wiary. Czy taka „rodzinna ekologia”, jaką wcielasz w życie, łączy się u Ciebie właśnie jakoś bardziej z wiarą?

Ula: Tak, choć nie uważam ani siebie ani nas jako rodzinę za autorytety w tej dziedzinie. Ostatnia przeprowadzka uświadomiła mi boleśnie, jak wiele jeszcze w tej kwestii mamy do zrobienia! Przez lata zebraliśmy trzy ciężarówki rzeczy, w tym mebli i sprzętu, ale to wciąż TRZY ciężarówki! To zdecydowanie daje do myślenia. Posiadanie dużej ilości rzeczy sprawia, że pielgrzymka przez życie jest często trudniejsza, a my musimy się martwić o więcej. Natomiast, mimo tego typu wyzwań, przed jakimi stajemy, jest to temat, na który jesteśmy otwarci, po prostu myślimy o tym, staramy się być uważni na ten aspekt. Dużo się uczymy, dużo błędów popełnimy. Dzieci szybko i naturalnie przejmują pewne tematy, uczą się od nas. Tak, jak to w życiu. Więc jeśli dla mnie spójna jest wiara i ekologia, to dla nich także. Gdzie odnajduję tę spójność? W miejscu, gdzie wiara jest dla mnie moją historią relacji ze Stwórcą i stworzeniem. Można by powiedzieć: najpiękniejsze instastory o miłości. Tego uczy mnie Jezus. Drugim aspektem wiary w moim życiu jest wdzięczność i uznanie, że wszystko, co mnie otacza, to dar, a używając bardziej technicznego słowa: zasób. Tak staram się żyć (choć nie jestem ideałem w tej kwestii i wiele razy muszę zawracać na dobrą drogę, mieć uważność na to, czym zostałam obdarowana, nie uganiać się za tym, czego nie mam). Takim podstawowym darem od Boga jest dla mnie życie, relacje z bliskimi i z ludźmi, talenty, umiejętności. Z perspektywy czasu darem są też procesy czy też ,,podróże” przez trudne momenty w życiu. Przyroda i zasoby natury, dzięki którym mogę się odżywiać, oddychać, odpoczywać, wzruszać się, uwrażliwiać, są jednymi z najpiękniejszych darów, jakie dostałam. Jeśli kochasz kogoś, to naturalną koleją rzeczy jest to, że szanujesz nie tylko Jego osobę, ale też Jego twórczość oraz to, czym cię obdarowuje. Życie na ziemi jest pewnego rodzaju historią relacji z materią, i wierzę, że to pole do ćwiczeń warsztatowych z naszej wiary, na ile nasze deklaracje i światopoglądy są czymś więcej niż tylko ideą. Żywa wiara stawia wymagania, a w kwestii ekologii wymaga to konkretnego zaangażowania i zmiany myślenia, troszkę wyjścia z torów, jakie wytyczają dla nas jako konsumentów specjaliści od marketingu.

Maja: Boisz się katastrofy ekologicznej i nie możesz przez to spać? Masz na to jakieś sposoby?

Ula: Martwi mnie to, choć nie, nie boję się. Śpię spokojnie, wierząc, że w tym krótkim czasie, jaki mamy, żyjąc na ziemi, możemy wprawdzie nieźle naśmiecić, ale też możemy po sobie posprzątać. Klęska ekologiczna to jest rzecz, nad którą nie mam kontroli, choć może mam jednostkowy wpływ, jako kropla w oceanie. Więc wolę się skupić na tym wpływie. Odczuwam zmiany klimatu, w tym roku niepokoiła mnie ta ciepła zima, brak śniegu. Zauważam coraz bardziej wyjałowioną przyrodę, wkurzam się na tanie sklepy z regałami pełnymi chińskich gadżetów do domu, śmieszą mnie modne pseudoekologiczne opakowania, które pod tekturowym, zadrukowanym (kolorową farbą!) wieczkiem skrywają plastikowy kubeczek… Z drugiej strony muszę się pilnować, aby uważność na tę kwestię nie przysłoniła mi priorytetów, jakimi są miłość i szacunek do ludzi, nawet tych, którzy nie rozumieją tych wszystkich zagadnień.

Maja: Czy Twój zawód daje Ci możliwość inspirowania innych swoimi „zielonymi” wartościami? Jak?

Ula: Z pewnością! Zawodowo dryfuję między różnymi dziedzinami sztuk plastycznych, więc mogę mieć wpływ poprzez to, jak projektuję, jak doradzam klientom w kwestii doboru mediów. Zajmuję się też zawodowo fotografią kulinarną i prowadzę działania wspierające tę aktywność w social mediach (głównie instagram) w tematach około kulinarnych, tam mam możliwość wymiany inspiracji na temat szacunku do żywności, wpływu decyzji zakupowych na klimat i na nasze zdrowie. Stworzyłam nawet akcję #projektsezon, która ma inspirować do sięgania po sezonowe warzywa i owoce. To wspólne przyglądanie się sezonowym produktom, które w czasie swej naturalnej dojrzałości są nie tylko dla nas korzystne, ale też ich uprawa jest mniej obciążająca dla środowiska. Dla mnie sezonowość to też wymiar wewnętrzny, duchowy: odnajduję w niej piękno stworzenia i zachwycam się tym, że wszystko ma swój czas.

Maja: Masz jakiś „apel” na koniec albo złotą radę dla kogoś, kto chciałby zacząć zmieniać swoje życie na bardziej świadome ekologicznie?

Ula: Zacznij od rzeczy małych i rób swoje. Nie bądź niewolnikiem idei, uważaj na perfekcjonizm, po prostu trenuj uważność na to, czym się otaczasz, co kupujesz, co chcesz wyrzucić. Polecam zacząć od garderoby (najlepiej własnej 😉 – mnie udało się zminimalizować ilość sezonowych ubrań do jednej szuflady w komodzie oraz wieszaka na ok. 10 części garderoby – bardzo mocno odczułam komfort użytkowania takiej okrojonej szafy. ,,Kupuj mniej” to świetne hasło, jeśli masz możliwość, to zaoszczędzone pieniądze próbuj lokować w produktach trwalszych, lepszej jakości, które posłużą tobie, a może jeszcze i innym, dużo dłużej. Podobnie kwestia podarunków: najlepsze dla środowiska to prezenty zrobione od serca albo te jadalne. Dzieci naprawdę nie potrzebują plastiku, aby być szczęśliwe (no, może kilka klocków lego). Szanuj jedzenie, które odżywia twoje ciało, wprowadź regułę czyszczenia lodówki – może uda się napełniać ją nowymi produktami dopiero po wykorzystaniu wszystkich zalegających artykułów spożywczych? To przy okazji pole do kreatywnych poszukiwań w kuchni, bo gotowanie resztkowe jest fajnym wyzwaniem. Pomyśl o sięganiu częściej po sezonowe produkty oraz po takie sposoby przetwarzania żywności, które są zgodne z zegarem natury: latem więcej surowizny, świeżych delikatnych warzyw i owoców, zimą kiszonki i duszone, esencjonalne potrawy. To korzystne nie tylko dla środowiska, ale także dla naszych organizmów! Podobnie rezygnacja z przetworzonego jedzenia, zwłaszcza przetworzonych produktów odzwierzęcych, przyczyni się nie tylko do zdrowia planety, ale także twojego. Ten temat jest bardzo szeroki, na koniec chcę przytoczyć najważniejsze, coś, co grupa zero waste wrzuciła kiedyś na swojego fb (parafrazuję z pamięci): ,,Przyroda nie potrzebuje garstki perfekcyjnych wyznawców idei zero waste, którzy nie śmiecą wcale. Potrzebuje natomiast milionów nieperfekcyjnych, zwyczajnych ludzi, którzy są gotowi zmienić się choć trochę w swoim funkcjonowaniu”. To dla mnie wspaniała definicja wpływu oraz dobra wiadomość, że każdy z nas jest w stanie zrobić coś dobrego dla naszej planety.

Ula Demczuk – artystka i graficzka, fotografka kulinarna (Instagram: @foodnotes_studio), żona Krzysztofa, mama trójki, mieszka w Mysłowicach, współtworzy wspólnotę Metanoia.

Fot. Ula Demczuk

Dział publicystyczny „Na werandzie” funkcjonuje dzięki wsparciu darczyńców Fundacji „SOWINSKY”. Możesz nam pomóc tworzyć i rozwijać tę przestrzeń przy pomocy wpłat na konto naszej Fundacji: 13 1140 2004 0000 3302 7887 9056 tytułem „darowizna na realizację celów statutowych”.

Dziękujemy za wsparcie! Dzięki Wam możemy tworzyć dalej. 🙂