Jestem szczęśliwa. Jestem matką czwórki dzieci i żoną od kilkunastu lat, ale ciągle chodzimy ze sobą. Chcę pisać o wolności i byciu. Kocham proste życie, jedzenie i ubranie. Kocham Boga. – tak w zakładce ,,O mnie” pisze Bernatka, autorka bloga, który niezmiennie ujmuje serca tych, którzy trafią na niego w sieciowej dżungli. Na stronie można też zajrzeć do projektu ,,Mercy”, poświęconego najmniejszym kobietkom i tematowi kreowania ich wizerunku przez dzisiejszy świat.

Maja Sowińska: Jesteś mamą czwórki, żoną perkusisty-muzyka, żyjesz w domku na odludziu i prowadzisz nauczanie domowe. Jedni powiedzą: rozkoszny slow life – inni, że się marnujesz. A Ty? Co Ty mówisz o swoim ukrytym życiu? Czujesz, że masz tym do przekazania jakiś ważny komunikat?

Bernatka Kietlińska: Pytanie jest tak piękne, że już nie wiem, co by tu dodać (śmiech). Sielanka! Takie ,,marnowanie siebie” było zawsze moim marzeniem. Zawsze chciałam być trochę na uboczu, wychowywać dzieci po swojemu, żyć wśród tych wszystkich obrazków, kredek, gwaru, zabaw i robić obiady. Jestem wdzięczna mojemu mężowi, że mi to umożliwia i jesteśmy w tym razem. Raczej nie myślałam nigdy, żeby swoim życiem nieść jakieś przesłanie czy komunikat. Po prostu żyję tak, jak chcę i uważam, że taka możliwość to w dzisiejszym świecie coś niesamowitego. Przyszły czasy, w których wolność jest bardzo ograniczona, chociaż nam się wydaje, że możemy wszystko. Jednak bywamy ograniczani przez systemy, kredyty, lęki przed utratą pracy czy jakiegoś statusu społecznego. Tracimy życie, próbując utrzymać się na powierzchni i ciągniemy za sobą dzieci, które też już czasem ledwo dyszą. One dużo tracą, nie mając zwyczajnego czasu na zabawę po swojemu, na wybieganie się po łące, wyleżenie w hamaku. To się później odbija na ich zdrowiu i zachowaniu. Według mnie to właśnie to, że możesz dokonywać swoich wyborów, żyć po swojemu oznacza prawdziwą wolność. Dlatego staramy się tak żyć. Może rzeczywiście, niosę jakiś komunikat! (śmiech)

M. S.: Skąd więc potrzeba pisania bloga – czy to potrzeba? Co Cię skłoniło?

B. K.: Zawsze lubiłam pisać. Pisałam wiersze, piosenki i różne opowiadania już jako małe dziecko. Opisywałam sobie to, co widzę, czego nie rozumiem, co mnie boli. Mam w głowie jakiś rodzaj wierszowania, takiego układania w zdania rzeczywistości. Zawsze pisałam w zeszytach, a pewnego razu (październik 2015) bardzo nieśmiało i z przestrachem założyłam bloga. Okazało się, że są osoby, którym się to moje wierszowanie i opisywanie podoba, a niektórym nawet pomaga. Dla mnie działa terapeutycznie, definiuje mi życie.

M. S.: I nie ma poczucia misji? Po prostu strumień świadomości układany w słowa?

B. K.: Tak. Nigdy nie myślałam, że moje pisanie ma jakąś wyższą rolę do odegrania dla innych. Moją życiową misją jest bycie jak najlepszą żoną, mamą, przyjaciółką, znajomą itd. Tak myślę o swoim życiu. Taka praca u podstaw raczej. Z moim pisaniem jest też tak, że nie potrafiłabym pisać na zawołanie, na jakiś temat czy zlecenie. Muszę mieć swobodę. Myślę, że poczucie jakiejś misji dałoby mi mocne spięcie i nie potrafiłabym pisać prawdy. Ta misja patrzyłaby mi na ręce i zawstydzała.

M. S.: To widać już po częstotliwości publikowanych przez Ciebie tekstów. Twój blog nie działa na zasadzie: co środę o 20-ej tekst o moim życiu. Zawsze gdy coś się ukazuje, myślę sobie z jakimś rodzajem podziwu: ,,kurczę, ta kobieta ma naprawdę totalną swobodę i w pisaniu i w niepisaniu”. Skąd ją bierzesz?

B. K.: Głównie z czwórki dzieci i wszystkich prac, które mam w domu (śmiech). A tak poważnie, to właśnie może z tego, że to nie jest misja i że nic nie muszę, że pisanie, żeby było prawdziwe musi mieć pewien luz. Ja chcę pisać prawdę. Piszę dość dużo, ale nie publikuję wszystkiego i ciągle. Głównie z braku czasu, ale też nie wszystko chcę pokazać od razu. Moje teksty są osobiste, a czasem wypływają z jakiegoś bólu czy trudu, mojej własnej drogi. Często zaczynam kilka tekstów na raz, a zakończenia dojrzewają w swoim tempie. Aby coś opisać czy zdefiniować trzeba mieć czas na przeżycie, przemyślenie spraw. Ja sobie jakiś czas temu dałam pozwolenie i czas na życie tak po prostu i bez pośpiechu.

M. S.: To jest cudownie ,,niewydajna” strategia działania w czasach, kiedy rozwijanie swojej marki i bycie influencerem jest celem tak wielu osób. A Ty czujesz się spełniona w mało ,,rentowny” sposób. Jak to robisz? Niczego nie żałujesz?

B. K.: Ja po prostu jestem wydajna na innym polu. Jest taki cytat, który bardzo lubię: ,,jeśli chcesz zmienić świat, idź do domu i kochaj swoją rodzinę”. To jest oczywiście duże uproszczenie, bo to kochanie wymaga dużo pracy. Składa się na nie wiele zajęć mało atrakcyjnych, a często nudnych, trudnych i stresujących. To jest takie bycie influencerem na co dzień, trochę jak w big brotherze, bo jesteś non stop obserwowany. Często musisz się poświęcić, w pewien sposób ,,zniknąć” ze względu na tych małych ludzi. Taka forma wpływania na świat mi bardzo odpowiada. Pisanie wynika z samego życia, z tego, kim jestem, a nie z tego, że kogoś chcę zmienić, coś osiągnąć albo mieć wpływ.

M. S.: Co daje Ci siłę do takiej ,,anarchii”? Masz jakieś kody do polecenia dla zagonionego świata? (śmiech)

B. K.: To jest pytanie z jednej strony dla mnie bardzo proste, a z drugiej trudne. Proste jest dlatego, że po prostu tę siłę czerpię z Boga, z mojej relacji z Nim, z tego, że dzięki Niemu niczego nie muszę udowadniać, nie muszę stać się ,,kimś”. A jest trudne dlatego, bo jak o relacji z Bogiem i takim zwykłym kochaniu Jego opowiedzieć tak, żeby nie zabrzmieć świętoszkowato, ,,kościółkowo” czy jakoś zdziwaczale po prostu. W moich tekstach jest dużo o Nim, ale rzadko mówię o Nim wprost. Nie chcę pisać mów religijnych czy epatować swoją wiarą, bo wiara to jest bardzo praktyczna sprawa. To, w co wierzysz, widać w tym, jak żyjesz, jak kochasz, co mówisz, jak reagujesz, czy w końcu – jak wychowujesz dzieci. Ja mam wszystko w Nim i dlatego wiem, że ,,niczego mi nie braknie”. To daje wielki odpoczynek i ukojenie.

M. S.: Jak wyobrażasz sobie siebie, gdy dzieci wyjdą z domu? Masz jakieś plany ,,emerytalne”?

B. K.: Oj to jeszcze tak odległy czas, że o tym nie myślę za bardzo albo może nie myślę, bo trochę smutno mi się robi? Bardzo bym chciała, żebyśmy mogli pozostać z dziećmi w bliskich relacjach. Chciałabym być dla nich zawsze przyjacielem, stać za nimi, wspierać i pomagać. Myślę, że będę robić niedzielne obiady i ich zapraszać z rodzinami, a we wszelkie możliwe święta organizować przyjęcia. Może będą chcieli przyjeżdżać? Mam nadzieję, że będę miała wnuki! A poza tym, mam trochę rzeczy do nadrobienia, filmów do obejrzenia, gór do powspinania, miejsc do zwiedzenia, książek do przeczytania, a może i napisania. Jest też mnóstwo rozmów, które czasem z Maćkiem musimy odłożyć na potem, bo akurat jest za głośno albo ktoś woła, potrzebuje pomocy. Na emeryturze będziemy sobie gadać bez końca, on będzie grał, a ja będę tego słuchać.

M. S.: I mam nadzieję – wciąż tworzyć!

Blog Bernatki: https://mercyformiss.wordpress.com/