Usposobienie mam raczej indywidualne, więc uleganie presjom, trendom i nowinkom nie zachodzi u mnie na zasadzie tak zwanego ,,łykania jak leci”. Filtruję, analizuję różne źródła, przysłuchuję się, pytam Boga. Mając też bardzo spore zaplecze podejrzliwości i sceptycyzmu (staram się to cywilizować po chrześcijańsku, żeby nie było!), selekcja treści i danych w mojej głowie ma dość spartański algorytm. Dlatego jeśli twierdzę, że ekologia jest ważna i jestem gotowa zmienić tyle nawyków w swoim życiu, ile trzeba – to naprawdę mam to na myśli. I jestem gotowa się wytłumaczyć. Zechcesz dać czas mojej opowieści?

Wiem, że wiele osób, w tym wierzących, ma uczulenie na to słowo i tę tematykę. Grubymi nićmi szyta moda, manipulacyjny eko-biznes, ,,lewackie” fanaberie, zieloni terroryści, co nie dają człowiekowi spokojnie żyć tak, jak żył. Łatwo jest być sceptykiem. To mądrość jest wymagająca. Żeby przedrzeć się przez szum interesów, komercji, nachalności i kreowanej grozy, i dotrzeć do sedna sprawy: że tu nie chodzi o rację, tylko o prawdziwy stan rzeczy. Chodzi o mnie i o Ciebie.

Zaczęło się od Róży. Gdy pojawia się taki zupełnie nowy, puchaty człowiek, czuje się na karku wielki oddech zmiany. I sto pytań na minutę. O to, czego się nauczy. A będzie chłonąć ode mnie, od nas. Nie przekażę jej więcej, niż sama wiem, przynajmniej na razie. Masło czy margaryna? W plastiku czy w szkle? Moje nawyki i moje decyzje w kuchni, przy praniu, przy sprzątaniu będą naturalnym krajobrazem jej dorastania. Będzie się wychowywać, biorąc te rzeczy za zasadę tego, jak powinno być. To bardzo duża motywacja do rekonesansu i zmian!

Wiele rzeczy zaczyna się w moim życiu od książki, tak było i tym razem. Ze dwa miesiące po porodzie dostałam książkę ,,EKOnomiczne dziecko” Ewy Kozioł. Żadne zawracanie kijem Wisły, po prostu powrót do naturalności i minimalizmu w życiu z dzieckiem. Po tej lekturze wyrzuciłam sporo rzeczy, o których myślałam, że są niezbędne przy niemowlaku, i nawet wyrzucałam sobie często, że mam ich za mało, że ten majdan powinien być bardzo imponujący, jeśli chce się być porządną matką. Jak mi się naraz życie uprościło! I uspokoiło. Poczułam twórczą sprawczość w moim zarządzaniu domem i w pielęgnacji malucha. Świadomość, że wiem, co robię, znam produkty, których używam, i nie funkcjonuję na autopilocie, bo ,,tak było w reklamie” albo ,,tak się to zawsze u nas robiło”. A do tego wielka oszczędność i wszystko wychodzi na zdrowie.

Pierwszym przełomem była decyzja co do wielorazowych pieluch. Zaoszczędziliśmy masę pieniędzy, Róża nigdy nie miała odparzeń, a świadomość, że przez jej skórę w tak delikatnych miejscach nie wnika do organizmu zbędna pampersowa chemia, była najlepsza z tego wszystkiego. Plus – mamy ten zestaw pieluchowy na wszystkie następne dzieci. Mitem jest, że naturalne pieluchowanie to tetra spięta agrafką. Ten rynek jest tak wciągający i różnorodny, że prędzej zostanie się maniakiem, niż pożałuje czasu spędzonego na rozwieszenie pieluchowego prania. A Ziemia jest wdzięczna za niedostarczenie jej kolejnego zużytego pampersa, który rozkładać się będzie przez następnych 500 lat (sic!).

Potem zaczęłam badać składy kremów. Szybko zorientowałam się, że te najpopularniejsze i najśliczniejsze produkty zawierają więcej tego, co nie trzeba, jak olej naftowy i perfumy. I ze świecą szukać czegoś nie w plastiku. Powie ktoś, że eko kremy są drogie. Ale ja wtedy odpowiem, że jeśli Ci zdrowie dziecka i swoje miłe – znajdziesz sposób. U nas jest tak, że jak robię własne proszki do prania i w ogóle środki czystości (pięć rzeczy, które co parę miesięcy kupuję na Allegro za parę złotych), zamiast płacić za komercyjne proszki i płyny w plastiku i z chemią, która niepostrzeżenie truje moją rodzinę – to zaoszczędzam tyle pieniędzy, że na eko krem w szkle za 50 zł stać mnie siedem razy.

Wszystko zaczyna się od dobrej woli. Bo te zmiany, których każdy z nas może w swoim domu dokonać, nie są żadną filozofią. Chodzi o akt dobrej woli. Nie jest to ani trudne ani drogie, ani zaczarowane. Czy Twoja wygoda i zmiana prozaicznych nawyków to naprawdę taka ogromna cena za zdrowie Twoje, Twojej rodziny i ulżenie środowisku? A jeszcze zaoszczędzisz. I będziesz mieć taką satysfakcję jak stąd do Saturna. Akt dobrej woli: ,,nie chodzi o gromadzenie informacji lub zaspokojenie naszej ciekawości, ale o bolesną świadomość, o to, by odważyć się przemienić w osobiste cierpienie to, co się dzieje na świecie, a tym samym o rozeznanie, jaki wkład może wnieść każdy z nas” (Papież Franciszek, Encyklika Laudato Si, p. 19).

Jest jeszcze często tak, że wielu z nas żyje w swoistym ,,negacjonizmie”, że wcale nie jest aż tak tragicznie, żeby trzeba było naprawdę aż tak na gwałt się zmieniać. Przecież w sklepach wszystko jest, śmieci wywożą, a i miłych miejsc z fajnymi widocznymi jeszcze nie brakuje. To się nazywa krótkowzroczność, naiwność, a niejednokrotnie zwyczajna gnuśność. Jeśli wydaje się nam – nam, którzy jesteśmy integralną częścią stworzonej natury – że możemy bezkarnie ignorować stan, do którego ją doprowadziliśmy, i nie wpłynie to drastycznie na nasze istnienie, to w istocie jesteśmy ,,misiami o bardzo małych rozumkach”.

Są także fatalistyczne metody reagowania na stan planety. Że to tylko wielkie korporacje, nienasyceni bogacze i politycy mają wpływ na realną zmianę, a nie to, czy ja chodzę na zakupy z własną lnianą torbą czy biorę za każdym razem nowe foliówki. Tutaj przydałaby się mała tyrada na temat znaczenia – skoro hegemonia władzy jest taka rzeczywiście przemożna – i wpływu społeczeństwa obywatelskiego i aktów obywatelskiego nieposłuszeństwa na bieg historii świata. Jak pisze Rebecca Solnit w bardzo popularnym obecnie eseju Nadzieja w mroku: ,,Większość losów świata przesądza się na scenie, w świetle reflektorów, a grający w niej aktorzy przekonują, że poza tym miejscem, poza nimi, nie ma nic więcej (…) Przyjrzyjmy się jednak czynnikom, które wywierają przemyślne polityczne naciski poza obrębem tej sceny i zmieniają akcję toczącego się na niej dramatu. Z miejsca, które nauczono nas pomijać i lekceważyć, dobywają się opowieści zmieniające świat, i to tutaj kultura ma moc kształtowania polityki, a zwykli ludzie mają siłę, by świat zmieniać. Nietrudno zobaczyć zmartwione, zdumione twarze aktorów na scenie, gdy to ulice stają się sceną albo gdy nagle pojawiają się nieupoważnione osoby, by zakłócić zaplanowany przebieg spektaklu”. Tak się szczycimy, jak to ,,Solidarność” obaliła komunizm, ile potrafią ludzie, gdy się zjednoczą we wspólnej walce. Taka druga ,,Solidarność” w imię, żeby (bagatela!) świat się nie skończył z powodu katastrofy, do której doprowadziliśmy środowisko, to chyba nie jest aż takie niemożliwe? Tylko czy pozwolimy, Ty i ja, wzbierać temu słusznemu buntowi w nas, że nie jest dobrze. I postanowimy dać się aktywować w sprawie.

Co to ma wspólnego z wiarą? Może bym się powinna zająć lepiej moją zwyczajową pobożnością, jak to na co dzień w ramach działań naszej Fundacji, a nie tutaj pociskać jakieś zielone ideologie. Ale, widzicie, nie sposób. Czytam encyklikę Laudato Si i tam jest napisane: zrób wszystko, co możesz, użyj tego wpływu, jaki masz, żeby nawoływać do zmiany, bo Boży świat ginie – i to z naszej winy. Zżymają się niejedni, że właśnie tyle zgnilizny już, że doprawdy mógłby sobie papież darować to ,,wprowadzenie nowego grzechu do katalogu”, czyli tak zwanego grzechu ekologicznego. Doprawdy? Jeśli doprowadzasz siebie do ruiny, to jest to grzech przeciwko piątemu przykazaniu, ale jeśli rujnujesz środowisko przez swoje nawet małe decyzje, bo myślisz, że to się gdzieś zgubi, bo wszyscy tak robią, to to jest fraszka? Jak pisze patriarcha ekumeniczny Bartłomiej: ,,każdy z nas na miarę swych skromnych możliwości przyczynia się do małych katastrof ekologicznych” (Encyklika Laudato Si, p. 8).

Nie chodzi teraz wcale o to, żebyśmy wszyscy ekologicznie ześwirowali. Bardziej o to, żebyśmy zobaczyli, że nie mamy wyboru, bo to kwestia zwykłej przyzwoitości. Autorefleksja i działanie na rzecz polepszenia stanu planety nie jest hobby dla aktywistów i aktywistek, którzy akurat znajdą czas – to wynika z podstawowego poczucia moralności: „Zapominamy, że «człowiek to nie tylko wolność, którą sam sobie tworzy. Człowiek nie stwarza sam siebie. Jest on duchem i wolą, ale jest też naturą». Z ojcowską troską zachęcił nas [Benedykt XVI] do uznania, że stworzenie jest zagrożone tam, gdzie «my sami jesteśmy ostateczną instancją, gdzie wszystko po prostu należy do nas i konsumujemy tylko dla samych siebie. A marnotrawienie stworzenia zaczyna się tam, gdzie nie uznajemy nad sobą żadnej instancji, ale widzimy jedynie samych siebie»” (Encyklika Laudato Si, p. 6). Jeśli więc kwestie ekologii są dla nas abstrakcją, która nas nie dotyczy, zwyczajnie potrzebujemy się nawrócić. Grzech ekologiczny można nazwać równie dobrze grzechem egocentryzmu albo grzechem obojętności, jeśli to pomoże komuś lepiej sobie rzecz wizualizować.

Zmiana nie jest abstrakcją wiszącą w powietrzu. To moje i Twoje wybory za każdym razem, gdy wychodzimy do sklepu. To nie jest problem wielkich gabinetów, wielkich biurek i wielkich instancji. Zmiana w Kościele, społeczeństwie, środowisku zaczyna się w Twoim i moim domu. Chciejmy ją oswoić!

Maja Sowińska

Fot. Kasia Lewek

Dział publicystyczny „Na werandzie” funkcjonuje dzięki wsparciu darczyńców Fundacji „SOWINSKY”. Możesz nam pomóc tworzyć i rozwijać tę przestrzeń przy pomocy wpłat na konto naszej Fundacji: 13 1140 2004 0000 3302 7887 9056 tytułem „darowizna na realizację celów statutowych”.

Dziękujemy za wsparcie! Dzięki Wam możemy tworzyć dalej. 🙂