Maja Sowińska: Czym dla Ciebie jest apokalipsa? Gdy słyszysz to słowo, jakie są pierwsze skojarzenia, intuicje?

Maja Kaczmarek: Ach… pierwsze skojarzenie? Od razu PIERWSZY ROZDZIAŁ Apokalipsy św. Jana i opis Jezusa, który ma oczy jak płomień ognia… Jego głos jak szum wielu wód… Od razu czuję, jak porusza to moje serce – i moja głębia przyzywa Jego… Totalnie, od razu… Ciary!

Maja S.: Czyli od razu odesłało Cię do Księgi Objawienia Jana, a nie na przykład do filmu o końcu świata.

Maja K.: Oj, zdecydowanie! (śmiech) Ja jakoś nie potrafię inaczej nawet! Jak rozmawiam z ludźmi i widzę ich strach związany z tą księgą, dopiero wtedy sobie przypominam, że moja reakcja nie jest „standardowa”.

Maja S.: Tobie nigdy nie było straszno? Czy może coś sprawiło, że od razu reakcja to ekscytacja?

Maja K.: Nie chcę mówić, że ,,nigdy” … Staram się unikać słów „nigdy” i „zawsze”. Jednak nie pamiętam, bym się obawiała. Nie miałam od razu zbyt dużej wiedzy i doświadczenia w tym temacie, ale jak już, to kojarzę bardziej poczucie nierozumienia tego, co czytam, niż strach. Też we wspólnocie, w której przez wiele lat byłam, kwestia Powtórnego Przyjścia Jezusa, tzw. koniec świata, była poruszana systematycznie i za każdym razem odkrywałam więcej. Ekscytacja natomiast pojawiła się przez doświadczenie modlitwy Słowem Bożym, rozważania w modelu harfa i czasza (zainspirowanym opisem liturgii wokół Tronu Bożego z Księgi Apokalipsy) fragmentów z Apokalipsy. To wiązało się z moim doświadczeniem spotkania z ruchem modlitewnym, modlitwą nieustanną 24/7. Ta rzeczywistość i ożywcze tchnienie Ducha rozpaliło we mnie taki ogień, że teraz jest od razu ekscytacja na myśl o tym.

Maja S.: Nic tylko się uczyć! Jednak Apokalipsa to nie tylko pierwsze rozdziały z ekstatycznym opisem rzeczywistości Tronu Bożego. Tam dalej się dzieje dość ostro. Jak to czytasz, jak do tego podchodzisz?

Maja K.: Po pierwsze, nie omijam (śmiech). Czytam! Czytam Słowo Boże, prosząc Ducha Świętego o mądrość. Myślę też o Księdze Apokalipsy jako części całości, a nie czymś osobnym. Masz rację, w części rozdziałów jest ostro, jednak nie można ich wyciągać z kontekstu zarówno samej księgi, jak i całego Pisma Świętego. Tak naprawdę całe Słowo mówi nam o przyjściu Jezusa. Tym pierwszym, którym było wcielenie, i tym drugim, którym jest Jego powrót w chwale. Jest 150 rozdziałów w Biblii o Powtórnym Przyjściu Jezusa, o dniach ostatnich! To jest zdecydowanie więcej niż rozdziałów wszystkich Ewangelii: tych jest 89.

Maja S.: Ciekawe wyliczenia! A co z Apokalipsy można wcielić w życie? Bo jak się na przykład czyta Ewangelie albo Listy, to to jest dość proste wyciągnąć wnioski i wskazówki da własnego życia. A Apokalipsa?

Maja K.: Apokalipsa w niczym nie odbiega (uśmiech). W niej też są listy! A tam bardzo wyraźne słowa Jezusa do Kościoła. Bardzo mnie zawsze poruszają, bo są pięknym obrazem tego, jak Bóg patrzy na każdego z nas oraz na nas jako wspólnotę wierzących – Kościół. Widzi, co w nas dobre i piękne, widzi potencjał, a jednocześnie w Swej ogromnej miłości wskazuje, co wymaga korekty, co jest ważne, byśmy nie utracili Jego obecności, byśmy wytrwali w wierności. Nie jest to list od kogoś z daleka, z niewielką sugestią i ogólnym hasłem ,,No, teraz sam sobie jakoś poradź”, ale to list, który pisze w pełni zaangażowany i bliski Bóg, który kocha i się troszczy. Co też ważne, mówi o tym, kim On jest. Bo w perspektywie Jego potęgi zyskujemy wiarę w to, że On może dokonać wszystkiego! Kiedy np. czytamy wezwanie do pokuty, to wypływa ona z tego, że On jest tym, który siedem gwiazd trzyma w Swojej prawicy! Król, wszystko ma w Swojej kontroli i to On mówi: ,,Widzę ciebie, znam twoją wierność, twoją stałość, znosisz cierpienia dla mojego Imienia. Zaniedbałeś natomiast pierwszą miłość. Piękno troskliwej miłości”! Tak też jest w kolejnych listach, pojawiających się w początkowych rozdziałach księgi. Inna rzecz, która też moim zdaniem jest bardzo praktyczna, to modlitwa wstawiennicza. To właśnie w tej księdze Bóg objawia nam, ,,jak to działa”. W rozdziale 8. widzimy anioła, który składa modlitwy świętych na ołtarzu przed Tronem, wraz z kadzidłem. Modlitwy świętych i uwielbienie. Uwielbienie, które jest rzeczywistością Bożego Królestwa tak wyraźnie opisaną w Apokalipsie. I wznosi się dym! Jest miłą wonią przed Bogiem. I Bóg działa. Te modlitwy nie umykają, nie znikają – są zbierane! I Bóg reaguje! Moc! 

Maja S.: Apokalipsa jako wymarzone narzędzie osobistej modlitwy. To jest niezła rewolucja! (śmiech)

Maja K.: Pieśni chwały i uwielbienia, jakie są zapisane w Księdze Apokalipsy są ogromnie poruszające! Nie wiesz, jak się modlić? Nie wiesz, jak uwielbiać Boga, uwielbiać Go w tym, kim On jest? – I nie mówię tu o dziękczynieniu, czy o tym, gdy mówimy Mu o naszych sprawach. – Mówię o uwielbieniu, które wychwala JEGO SAMEGO. Apokalipsa jest pełna tego! Czasem wydaje nam się, że uwielbianie Boga słowem ,,święty” to tak niewiele. Ale ta księga pokazuje nam bardzo wyraźnie, że to wołanie trwa nieustannie przed Bożym tronem, zatem… Nieustannie możemy mówić, wołać, śpiewać: ,,Święty, Święty, Święty, który był, który jest i który PRZYCHODZI”! Im bardziej to powtarzasz, tym bardziej to sobie uświadamiasz. On nie tylko BYŁ, nie tylko JEST, ale On PRZYCHODZI! Kolejna zatem praktyczna wskazówka, która nawet jest na samym końcu tej księgi: MARANATHA!!! Czyli wezwanie: ,,Panie Jezu, PRZYJDŹ! Oblubienica i Duch wołają Cię”! To powinno być naszym codziennym wołaniem. To jest to, o czym Jezus mówił, ucząc nas modlitwy Pańskiej: ,,Niech przyjdzie Twoje Królestwo”! Wołamy tu o Królestwo Boga na Ziemi i o powrót prawowitego Króla wszechświata. Woła Oblubienica (Kościół) rozumiana jako cała wspólnota wierzących, ale też Oblubienica rozumiana jako ty, jako ja. Warto tu nadmienić, że Oblubienica to też panowie, mężczyźni. Tak dygresyjnie: to są te nasze wyzwania. My, kobiety, uczymy się być SYNAMI BOŻYMI, na objawienie których oczekuje Ziemia, a mężczyźni uczą się z kolei być OBLUBIENICĄ, o której mówi np. Pieśń nad Pieśniami. Mamy życie pełne wrażeń (śmiech). Bo w Bogu jest totalna pełnia! Ogromnie to lubię!

Maja S.: Oblubienica. Mało kto w Kościele, albo przynajmniej mniejszość, myśli o sobie w ten sposób. Poza tym, słabo ta Oblubienica może się, póki co, prezentować. Tu ekstatyczne wołanie o przybycie już Pana Młodego, a tu spory bajzel. Jak ogarnąć ten rozdźwięk: żeby jednocześnie kultywować postawę wiary, ale nie żyć w wyparciu nierzeczywistości? 

Maja K.: No tak. Wyparciu mówimy zdecydowane ,,nie”. Zgadzam się, że mało kto z nas myśli o sobie jak o Oblubienicy Pana. Łatwiej nam jeszcze w ten sposób myśleć o Kościele jako całości, ale umyka nam, że będąc jego częścią, dotyczy to każdego i każdej z nas osobiście. Rozdźwięk – no nie wiem, bajzel – boleśnie prawdziwe… Jednak bez trwania na modlitwie, czytania Słowa Bożego w tym „bajzlu” nie będziemy wiedzieli, co robić. Potrzebujemy Bożej perspektywy, poznania Jego serca, Jego pragnień. To jest to kultywowanie wiary: codzienna modlitwa i Słowo. Rzeczywistość dziś wymaga od nas zdecydowanie więcej niż kiedyś. Jako Kościół jesteśmy wezwani, by rozpoznawać znaki czasów. Każdy z nas powinien wiedzieć, jakie one mają być, by gdy następują, nie trwać w strachu, ale wzrastać w wierze – by wytrwać w dniach, które nadchodzą. Co mamy dziś? Potężne potrząsanie Kościoła. Ja to widzę jako wezwanie do pokuty i nawrócenia. Do powrotu sercem i życiem do Boga. To, co widzimy, wydaje się być „bajzlem” na pierwszy rzut oka, jednak jest w istocie znakiem ogromu Bożego miłosierdzia. Czas dany do nawrócenia każdemu z nas, by pośród zaskakujących, może też przerażających, okoliczności zatrzymać się, przyjść na modlitwie w pokorze do Boga i zapytać, co wymaga we mnie korekty… I posłuchać. To jest właśnie nasza wiara, by ze wszystkim przychodzić do Pana i pytać, jak On to widzi. W Apokalipsie Bóg wyraźnie mówi do Kościoła w Efezie: brak ci pierwszej miłości – nawróć się; do Kościoła w Smyrnie: nie bój się żadnego z cierpień – bądź wierny; do Kościoła w Pergamonie: znosisz idących za fałszywą nauką – zacznij pokutę… Do tych kościołów Bóg pośród ich bałaganu kierował słowa o pokucie… Zatem jasno wiemy, co do nas należy, do każdego wierzącego. To nie rozdźwięk zatem, a wezwanie do pokuty i nawrócenia dla każdego z nas, a także wezwanie do modlitwy za Kościół, za Oblubienicę, byśmy wszyscy przyszli do Boga ze skruszonym sercem i podjęli z miłości do Niego pokutę i nawrócenie. Ten czas jest jednak łaską. Ale to do nas należy decyzja, jak zareagujemy. Czas na pokutę, nawrócenie, zadośćuczynienie, pojednanie został nam dany teraz – właśnie, gdy powrót Pana się przybliża. 150 rozdziałów w Piśmie Świętym ma nam wskazać, jak rozpoznawać, co się wydarza… Możemy na to odpowiedzieć i możemy zlekceważyć. Możemy przyjąć i możemy odrzucić. To jest wolna wola, dana nam przez Boga z miłości. Będzie ucisk taki, którego świat nie poznał, prześladowanie, sąd. Tak, jest to w Apokalipsie, ale też i w innych księgach. Jednak to wszystko nie jest i nie będzie rzeczywistością rozdźwięku, a wypełnianiem wypowiedzianych przez Boga słów.

Maja S.: Przypomina się mi tu werset z Listu św. Piotra, że sąd – ja tu rozumiem weryfikacja, oczyszczenie – zaczyna się od domu Bożego. I jest to mało przyjemną, ale jednak łaską. Nie sądzisz, że często zachowujemy się tak, jakby Królestwo Boże miało być utopią i dlatego rozczarowani nie widzimy presji i ciśnienia czasów jako czegoś naturalnego, przewidzianego i potrzebnego? Dużo w tym naszym byciu w Kościele wydaje się jednak poruszaniem w NIERZECZYWISTOŚCI zamiast w PRAWDZIE. I stąd wzrastanie w strachu zamiast w wierze…

Maja K.: Tak, zgodzę się z tobą. Mam za każdym razem taką modlitwę w sercu, gdy podczas Mszy jest Ojcze nasz i słowa ,,Przyjdź Królestwo Twoje”, czy też ,,Głosimy śmierć Twoją, Panie Jezu, wyznajemy Twoje zmartwychwstanie i oczekujemy Twego przyjścia w chwale”, by Duch Święty ogarniał nas, zgromadzonych na tej Eucharystii, i otwierał oczy serc, byśmy poznali prawdę i rzeczywistość tych wypowiadanych deklaracji. Podejście do Królestwa Bożego, powrotu Jezusa, jak do jakiejś opowiadanej bajki na dobranoc musi już odejść do lamusa. Modlę się też słowami z Listu do Efezjan 1, 17: by Bóg dał nam, Kościołowi, Ducha mądrości i objawienia w głębszym poznaniu Jego samego. Duch Święty i nasza z Nim współpraca to droga do objawienia prawdy i to przez duże ,,P”. Życie codziennością w perspektywie życia w wieczności zmienia podejście do wielu kwestii. Duch Święty przynosi Prawdę, dając przekonanie o grzechu, sprawiedliwości i sądzie. Myślę, że ten werset nam umyka. A co gorsze, oddzielamy Boga, który jest Miłością od Boga, który jest Święty, który jest Sędzią. Ciągle staramy się pomieścić Go „w naszych głowach”, ogarnąć naszym rozumem… To dlatego wzrasta strach. Od opierania się tylko na ludzkiej sile. Boimy się bać tego, czego nie znamy.

Maja S.: W Katechizmie można przeczytać, że idziemy w MROKU wiary, kroczymy w Tajemnicy, ale nie chodzi wcale o zagranie nam na nosie. Ta zasłona jest właśnie nam zadedykowana jako… dar. ,,Chwałą Bożą – rzecz taić, chwałą królów – rzecz badać” (Prz 25, 2). Wychodzi zatem, że Bóg prowokuje nas do bycia królami, którzy badają stan rzeczy z ekscytacją. Jak dla Ciebie kroczenie w Tajemnicy stało się darem. Masz jakieś świadectwa z życia wzięte?

Maja K.: Ojej, tak! „Być królami, którzy badają stan rzeczy z ekscytacją” – jak to dobrze ujęłaś! Jak kroczenie w Tajemnicy stało się darem… Tu na myśl przychodzą mi te sytuacje w życiu, które nazywam czasem pustyni. To czas oddzielenia, ale nie taki, na który sama się radośnie wybieram, lecz raczej chodzi o moment tak zwanego ,,dojścia do ściany”. Mam za sobą kilka takich okresów. To czas, w którym z jednej strony zaczynam doświadczać pewnego braku wygody, zauważam zamykające się drzwi na drogach, którymi podążam, a nic nowego przed sobą. Może, by nie być tak enigmatyczną, krótko opowiem jedną z takich historii… Objęła ona czas mniej więcej od 2008 do 2010 roku, taki chwilowy spacerek (śmiech). Otóż, po latach posługi we wspólnocie w różnym zakresie, a także trwającym rozwoju zawodowym (miałam pracę, która dawała mi mnóstwo satysfakcji) i wejścia w taką pełną dorosłość przez kupienie mieszkania zaczęłam właśnie doświadczać stopniowego dyskomfortu. Niby wszystko było dobrze i toczyło się naprzód, a jednak powoli coś mnie „uwierało”. Zaczęłam się zastanawiać i pytać Boga o to. Nie potrafiłam rozpoznać. Stopniowo coraz więcej myślałam o tym, że czas na zmiany. Ale ja nie lubię zmian i nie budzą we mnie entuzjazmu. Rozpoznawałam takie przemykające wewnątrz mnie myśli: Zmiana pracy… Czas w tej wspólnocie dobiega końca… I tak z tym chodziłam. Równocześnie malało moje zaangażowanie w posługę, bo widziałam to jako zakończoną część zadania, które do mnie należało. Wyszkolone następne pokolenie, które świetnie sobie radzi z podjętą służbą. Cieszyło mnie, że mogę być tego świadkiem. Zawodowo coraz więcej myśli o zmianie, bo umowa się kończy, a ja chyba nie chcę jej przedłużać (a praca i współpracownicy byli wspaniali!). Zaczęłam się zastanawiać, skąd te rzeczy we mnie. Zaczęłam też sama jakoś szukać, co by tu można zrobić. Przeglądałam oferty pracy, czytałam o innych wspólnotach… Jednak efekt własnych wysiłków był żaden, a ja się tylko frustrowałam. Pytałam więc Boga (jak już swoje metody wyczerpałam), chodziłam częściej na mszę i stopniowo zauważyłam, że jestem w pewnym miejscu oddzielenia. Nie mam posługi ani zaangażowań, nie przeżywam jakiś emocjonalnych uniesień w duchu, a jak tylko wracam z pracy, po prostu zatrzymuję się i żyję w relacji z Bogiem. Mniej spotkań z ludźmi, a czasem brak możliwości… Jakby Bóg tak zadziałał okolicznościami, by mnie zatrzymać. Były też wydarzenia trudne, bolesne… Bóg dał mi ten czas, bym, po pierwsze, nie „osiadła na laurach”, bo On dopiero otwierał drzwi do wyzwania. Ten proces był czasem wzrostu w wierze, co sprawiło, że mogłam jeszcze wyraźniej widzieć Jego prowadzenie. Bez tego nie miałabym odwagi na finał, jaki wydarzył się w 2010 roku. Po katastrofie smoleńskiej, której doświadczenie było jednym z najbardziej kluczowych momentów w moim życiu, doświadczyłam bardzo głębokiego spotkania z Bogiem na modlitwie, w którym powiedział bardzo wyraźnie, że chce bym była wstawiennikiem, bym była strażnikiem, modliła się za Polskę i za Warszawę. Nie sądziłam nigdy wcześniej, że to mnie dotyczy takie powołanie! A jednak ten czas pustyni, nauki wierności przebywaniu z Nim, nasłuchiwaniu w Słowo Jego prowadzenia nauczył mnie tyle, że wiedziałam, że pójdę za tym. Dodatkowo to powołanie miałam wypełniać, przeprowadzając się do Warszawy. Nie była to łatwa decyzja. Tyle zmian równocześnie! Bóg jednak jeszcze potwierdzał przez swoje Słowo, inne osoby, które przysyłał i okoliczności, że taki ma plan. Zatem po trzech miesiącach powiedziałam Mu ,,tak”. Kolejny czas to nadal Jego działanie, by wszystko zabezpieczyć… I to też był cud za cudem. Finalnie 30 września 2010 zamieszkałam w stolicy i jestem tu do tej pory. Modlę się za Warszawę, Polskę. Po kilkukrotnym doświadczeniu czasu pustyni doszłam do wniosku, że choć za każdym razem jest to bardzo trudne, bo oznacza oczyszczenie, pokutę, nawrócenie –całe doświadczenie jest ekscytujące. Ostatecznie mogę wyjść z miejsca pustyni jak oblubienica z Pieśni nad Pieśniami – wsparta na Oblubieńcu… Nie wiem, czy to odpowiada na twoje pytanie (śmiech). 

Maja S.: Może nie wprost! Ale ja widzę tu pewien cenny trop: że apokalipsa nie ma być nagłą cezurą dla ludzi wierzących; ci, którzy, żyjąc z Panem, godzą się na przeżycie niejednej osobistej apokalipsy w życiu – czyli objawienia, odsłonięcia, przejścia – będą wiedzieli, jak się zachować w dniu Paruzji, ich lampy będą miały zapas oliwy. Słowem – mądrą/roztropną panną można się zdecydować być już dzisiaj i działać na rzecz tego z łaską Bożą. Jak Ty jeszcze rozumiesz to ,,gromadzenie oliwy do lampy” z przypowieści? Tak praktycznie w życiu duchowym?

Maja K.: Idziemy drogą z objawienia w objawienie. Jezus jest tą drogą, zatem trudno, by było inaczej. Ważna jest decyzja, o której wspomniałaś. To my decydujemy, wybieramy drogę, ścieżkę wąską albo szeroką… I staramy się konsekwentnie podążać za objawieniem. Oliwę roztropnej panny rozumiem jako pielęgnowanie osobistej relacji z Bogiem, czas najgłębszych najintymniejszych spotkań w prawdzie z Prawdą. Gromadzimy POZNANIE PANA. Spotykamy się z Nim w Słowie. Medytacja Pisma Świętego, modlitwa tymi słowami, słuchanie, wytrwałość, cierpliwość, wierność w regularności i w małym. Tak zupełnie praktycznie, to wszystko sprowadza się w głównej mierze do codziennego czasu oddzielonego na wyłączność na to spotkanie z Jezusem. Warto je planować w kalendarzu. Nie zostawiać na ostatnią chwilę. Jakiś czas temu jedna osoba powiedziała, że starała się w swoim życiu, gdy planowała czas na modlitwę, wybierać czas NAJLEPSZY. Poruszyło mnie to, gdyż nie chodzi tylko o to, by zaplanować te 15, 30, 60 minut. Ale ważna jest też jakość tego czasu. Dołożenie jeszcze tego starania, by był to najlepszy czas z każdego dnia. To cudowne świadectwo miłości. Nie zostawiajmy modlitwy i modlitwy Słowem na koniec dnia, gdy brak nam sił i ostatnim oddechem dnia staramy się skupić. Ważna jest również świadomość, że czasem na modlitwie doświadcza się w duchu głębokich poruszeń, ale jednak najczęściej tym spotkaniom brak fajerwerków. I to jest dobre! Spotkanie z osobą, którą kochamy, jest zawsze cenne bez względu na to, czy akurat dzieje się coś spektakularnego. Wspólna cisza też daje radość. Nie inaczej jest w relacji z Bogiem. Ważne, by nie było to spotkanie oddzielone od czytania Słowa Bożego. Czytanie, studiowanie, medytowanie Biblii to bardzo ważny punkt na modlitwie. Słowo medytowane przy asyście Ducha Świętego niesie objawienie, które gromadzimy właśnie jak te roztropne panny z przypowieści. Są różne metody, jak to robić. Ja osobiście bardzo lubię modlić się Słowem Bożym, pisząc na kartce, na którą przepisuję jeden werset, którym dziś się będę modlić. Najlepiej go wybrać z fragmentu, jaki czytamy danego dnia (czytamy systematycznie). Tam zawsze jakiś werset przykuje szczególnie uwagę. Wówczas go przepisuję na górze kartki i odkładam Biblię. Oznaczam kolumnę na prawym marginesie i nanoszę tytuł „rozproszenia”, a u dołu strony oddzielam stopke i nanoszę tytuł ,,zadania”. I teraz zaczynam się modlić tym wersetem, który przepisałam. Powtarzam kilkakrotnie, prześpiewuję i zaczynam zadawać pytania, zapisując je, a następnie pojawiające się w głowie odpowiedzi, czyli pierwsze myśli, jakie pojawiają się w reakcji na te pytania. Dla przykładu: pierwszy werset z Psalmu 23 – Pan jest moim pasterzem. Przykuwa moją uwagę sformułowanie ,,Pan JEST” i pytam: Boże, objaw mi, co to znaczy, że JESTEŚ? I pojawiają mi się myśli: ,,Jestem, który jestem, trwam, byłem, będę, powracam, ponad czasem, zawsze tu i teraz… Gdy wyczerpią mi się odpowiedzi, zadaję kolejne pytanie: kim jest pasterz? I znów zapisuję te odpowiedzi. W czasie modlitwy zawsze zmagamy się z tym, że nie możemy się skupić. Dlatego, gdy tak zadaję pytania i notuję odpowiedzi poniżej wersetu, bo mam cały środek kartki do tego. A jak mi się przypomina w trakcie sto spraw do załatwienia, to zapisuję je na marginesie, żeby nie uciekło, i modlę się dalej. Również, gdy zapisuję odpowiedzi, przypominają mi się czasem historie, książki, inne fragmenty z Biblii powiązane z tematem. To też odnotowuję w stopce, żeby móc do tego wrócić. Ta metoda sprawdza się przez lata i jest dla mnie bardzo praktycznym sposobem ,,gromadzenia oliwy do lampy”.

Maja S.: Czasem sobie wyobrażam, że jest dzień, w którym Jezus wrócił i idzie naprzeciw mnie po chodniku. Obmyślam, co bym Mu powiedziała, co bym zrobiła… Jeśli to nie nazbyt intymne – zadam to pytanie na koniec też Tobie: jaka byłby Twoja reakcja?

Maja K.: Też o tym myślę… Nie wiem, jak będzie, ale pierwsze, co mam w sercu, to jak to zrobić jednocześnie: rzucić się Mu na szyję z radości, że wreszcie Go widzę twarzą w twarz i paść do stóp Świętego, najpiękniejszego z synów ludzkich, w pełni Boga i w pełni człowieka… Którego dłonie, stopy, bok, głowa już na zawsze mają ślady po złożonej za mnie ofierze… Myślę o tym, jak Apokalipsa opisuje Jego pojawienie się przed tronem – jako Jedynego godnego, by otworzyć księgę… Jak się wszystko zatrzymuje… Skoro taka jest reakcja Nieba, jak to będzie? Jakie by było to „spotkanie, którego nie zna nikt”? Najbardziej pragnę być na nie gotowa… Jezus naprzeciw mnie idzie po chodniku – moja odpowiedź: tak bardzo tęskniłam…

Maja Kaczmarek – kobieta, córka, siostra, ciocia, mama chrzestna, przyjaciółka, koleżanka starająca się żyć TU i TERAZ. W relacjach inspiruje i wspiera innych do realizowania Bożej woli. Z zawodu specjalista zarządzania zasobami ludzkimi i certyfikowana główna księgowa. Skuteczny koordynator wielu złożonych projektów, konferencji i warsztatów.

Grafika: Beata Kowalewska-Tylka – artysta grafik/projektant, prywatnie żona i mama, mieszka w Krakowie, głosi Dobrą Nowinę językiem ilustracji (Instagram: @borntobelight).

Dział publicystyczny „Na werandzie” funkcjonuje dzięki wsparciu darczyńców Fundacji „SOWINSKY”. Możesz nam pomóc tworzyć i rozwijać tę przestrzeń przy pomocy wpłat na konto naszej Fundacji: 13 1140 2004 0000 3302 7887 9056 tytułem „darowizna na realizację celów statutowych”. 

Dziękujemy za wsparcie! Dzięki Wam możemy tworzyć dalej. 🙂