Maja Sowińska: Apokalipsa – czyli w zasadzie co?

Michał Grzanka: Dla mnie to jest czas wypełnienia się Bożych obietnic, proroctw, czas przewidziany przez Boga, starannie zaplanowany. Jak myślę o tym, to mam lekki dreszczyk – z jednej strony ciekawości i oczekiwania, ale z drugiej wątpliwości, czy wytrwam.

Maja: Jak się czyta Księgę Apokalipsy, to nie do końca wiadomo, czy się bać czy nie. Niekoniecznie można też mówić o konkretnej doktrynie czy osobie, która to wszystko rozumie i umie klarownie wyjaśnić. Nawet Katechizm w opisywaniu tej rzeczywistości jest taki, nazwijmy to, ,,okrągły”, stonowany.

Michał: To wynika chyba z tego, że w większości sami żeśmy tę księgę przed sobą zamknęli. Mnie uczono na studiach, że Apokalipsa jest księgą niezrozumiałą i właściwie lepiej się nią nie zajmować. A z drugiej strony, to przecież część Biblii. Więc albo czytamy od deski do deski albo nie. W dużej mierze, wydaje mi się, taka postawa jest efektem teologii zastąpienia, której pokłosie nadal zbieramy w Kościele. To znaczy: jeśli odrzucamy Żydów i uznajemy, że to Kościół jest Nowym Izraelem, to pewne rzeczy automatycznie będą dla nas jakąś niezrozumiałą metaforą albo w ogóle nie będą nam do niczego pasowały, totalna abstrakcja.

Maja: Może my po prostu, przykładając do tego tekstu nasze europejskie myślenie, takie przyczynowo-skutkowe, oparte na modelu już nie semickim, a greckim i rzymskim, nie czujemy, że to w ogóle nie ten klucz, nie ta matryca? I może dlatego wzięła się za to kultura popularna? Wątki apokaliptyczne są w niej bardzo szeroko wykorzystywane, z tym, że te adaptacje głównie pokazują ostateczną masakrę i zawalenie się świata. Popkultura uczyniła z tego narzędzie strachu.

Michał: Poszedłbym trochę dalej nawet. Jeżeli jako wierzący mamy perspektywę, że jest Bóg i jest przeciwnik, to łatwo odkryć, że wielkim celem przeciwnika właśnie jest zaćmienie sensu tego, co Bóg chciał wyrazić przez tekst Apokalipsy. Ukrycie, zasłonięcie mgłą niezrozumienia, obawy, lęku. A dlaczego? Bo jest tam objawiony ostateczny plan Boga na wypełnienie się czasu, na przywrócenie pierwotnej bliskości z Nim. My oczywiście doświadczamy teraz zbawienia dusz, zbawienia w duchu, ale przecież nie można zapominać, że ciągle oczekujemy zbawienia naszych ciał. I to nie tylko my. W Biblii św. Paweł, św. Piotr i inni mówią o tym nieraz, że dostąpiliśmy już zbawienia w duchu, ale wciąż oczekujemy zbawienia ciał. Św. Jan mówi, że rzeczywiście zostaliśmy obecnie nazwani synami Bożymi, ale jeszcze się nie ujawniło, kim ostatecznie będziemy (1 J 3, 2). To jest właśnie to, o czym mówi Apokalipsa.

Maja: Czyli jednak dobry przekaz! Tajemniczy, zakryty, ale obiecujący! Na pewno też przy tym wykraczający poza nasze zrozumienie, a jednak Bóg spróbował to ująć dla nas słowami. 

Michał: To znaczy, paradoksalnie, my z łatwością mówimy o ,,końcu świata”, nawet ludzie wierzący: a kiedy przyjdzie koniec świata, to… coś tam. Oczywiście w Biblii tego nie ma. Tam jest o pełni czasu, o wypełnieniu wieków, o przełomie, o przejściu. Nie o końcu. Apokalipsa nie jest o końcu!

Maja: To w sumie ważna korekta! Że nie o koniec idzie, a o przejście. Tu mi się z kolei nasuwa teza, że te błędy w obrazowaniu i nazywaniu tej rzeczywistości biorą się stąd, że jako wierzący mamy po prostu źle opowiedziany raj. W kulturze funkcjonuje on bardziej jako utopia, która w praktyce jest nudna, siedzenie na chmurce, bierność, taka ,,zasłużona emerytura” po wysiłkach na Ziemi – niektórzy nawet mówią, że wolą iść do piekła, bo tam będą imprezy i będzie ciekawie. Mamy pomieszane wizje tego, czym w ogóle jest wieczność, czym jest w praktyce wieczne zbawienie i wieczne potępienie. Co się stało, że ten raj ma tak zły pijar? W efekcie okazuje się, że wierzący żyją według wizji raju, która wcale nie jest ekscytująca.

Michał: Nie wiem, co się stało. Chyba się nad tym nie zastanawiałem. Ale mam taką myśl, że może mamy źle opowiedziany raj, bo źle go czytamy.

Maja: No, w sumie, nie ma nigdzie jasnego opisu, jaki i czym ten raj jest. Są tylko różne tropy, np. że ani oko, ani ucho nie widziało, jakie rzeczy Bóg przygotował dla tych, którzy Go miłują (1 Kor 2, 9). Taka trochę randka w ciemno!

Michał: Ja myślę jeszcze o raju jako o Edenie. Nawet na początku Biblii jest on dość lakonicznie opisany. No że Bóg, drzewa, zwierzęta, ogród. Rzeczywiście jak się to czyta, to się rysuje taki sielski obraz wiejski…

Maja: Mieszczuchów może to nie ruszać (śmiech).

Michał: (śmiech)… no to już faktycznie bardziej atrakcyjne są te zapowiedzi, o których wspomniałaś. Takie ,,ani oko, ani ucho” naprawdę ma potencjał wzbudzić dreszcz. Ale myślę o czymś jeszcze: w gruncie rzeczy ten raj jest po prostu odległy. Zarówno mityczny Eden, mityczny początek jest tak daleko odsunięty dla nas w czasie, jak i przyszłe wypełnienie mesjańskich zapowiedzi. Mamy początek i tzw. ,,koniec” tak odległe, niknące gdzieś tam na horyzoncie, że aż nierzeczywiste. Skoro tyle milionów lat za nami, to czemu nie ma być drugie tyle przed nami? Czujemy się rozciągnięci i schowani w kosmicznych cyfrach.

Maja: Ale co, to Niebo to przecież nie będzie hologram. To będzie dotykalna rzeczywistość. My sobie z kolei wyobrażamy, że jakby stanął przykładowo przed nami taki anioł, i byśmy chcieli go klepnąć, to ręka przejdzie na wylot jak u Demi Moore w ,,Uwierz w ducha”. A tu plask. Przecież to jest ciało, uwielbione, inne, ale dotykalne. Nie chmurka. Pamiętam, jaką rewolucją było dla mnie, jak kiedyś usłyszałam, że Królestwo Boże przychodzi na Ziemię, że przeminie to niebo i ta Ziemia, które są, a nastaną nowe, uwielbione. Nasze ciała zmartwychwstaną i też będą nowe, uwielbione, inne. A rzeczywistość raju będzie realna, dotykalna…

Michał: …i że będzie tutaj! 

Maja: Właśnie! Nie gdzieś w chmurach!

Michał: Tak, to wszystko będzie realne, dotykalne – ale nie bajkowe. Słowo Boże nieraz mówi, że każdy z nas, będąc tu, na Ziemi, buduje coś w duchu na poczet życia wiecznego. Że można wybierać różne materiały: złoto, kamienie, słomę. Mowa jest o gromadzeniu konkretnego skarbu, którego nie widzimy teraz, ale on namacalny czeka na nas po drugiej stronie. Są też fragmenty, w których Jezus porównuje Królestwo Boże do zamożnego człowieka, który rozdał talenty sługom i potem rozlicza się z nimi, mówiąc, że kto dobrze zarządził tym, co dostał najpierw, będzie następnie postawiony nad miastami, bo okazał się wierny w małym (Łk 19). Skoro Królestwo Boże działa w ten sposób, to by sugerowało, że w Niebie nie czeka ,,słodka emerytura”, ale nobilitacja w postaci ,,awansu” na zarządcę miastami, posługując się dalej tym obrazowaniem. Czyli akcja, czynne życie! Jest inny fragment (1 Kor 3, 11-15), w którym czytamy, że kto buduje ze słomy, wprawdzie na fundamencie Jezusa, ale ze słomy, też ocaleje, ale ,,jakby przez ogień”. To nam rzuca światło na element pewnej weryfikacji, oceny, waluacji efektu budowania naszego życia. Będą zbawieni wszyscy, co podjęli się budowy, nawet ,,przez ogień”, ale oprócz tego zbawienia Bóg – może to głupio zabrzmi – przewiduje zaszczytną gratyfikację, nobilitację dla tych, którzy budowali mądrze i zainwestowali w budulec złoty, srebrny, kamienny.

Maja: Czemu głupio? Nie można zapominać, że Królestwo Boże jest jednak, jak by nie było – monarchią.

Michał: Oczywiście! Jest hierarchiczne!

Maja: Tam nie ma demokracji – co pewnie jest gorszące dla wielu współczesnych umysłów. Jezus nie był ani demokratą, ani socjalistą. Nigdy nie mówił, że każdemu da po równo. Ale każdemu zgodnie z tymi talentami i tymi obdarowaniami, jakie ma dostać w zarząd, rozwinąć, jeśli będzie chciał. To jest też super, że w rzeczywistości nowej Ziemi i nowego Nieba, jakie przyjdą, nie będzie już grzechu, więc nikt się nie będzie boczył, że coś źle dostał, bo każdy będzie znał uczciwą miarę wszystkiego i samych siebie. Na przykład ja bym nie chciała pracować w NASA, prestiżowe i w ogóle, ale nie zazdroszczę – poznałam i poznaję, kim jestem w Bogu, i chcę robić dokładnie to, co robię… Mam jeszcze takie pytanie, bo bardzo chcę włożyć kij w jedno mrowisko i czuję, że będziesz dobrym kompanem… 

Michał: Już się boję (uśmiech).

Maja: Zgodnie z teorią ewolucji – czyli teorią, w którą w zasadzie każe nam się wierzyć święcie i dogmatycznie – wszystko się doskonali własnym, naturalnym sumptem. Czyli powinno być coraz lepiej, a wychodzi, że raczej świat schodzi na psy. W teorii ewolucji nie ma miejsca na koniec. Jest cykl, który trwa. A my jednak mówimy tutaj jasno o wyraźnej cezurze, przełomie, przejściu, do którego dąży czas, Ziemia i wszystko. Co więc ma wierzący zrobić z tą teorią? Ją się da jakoś zaadaptować po Bożemu? Bo to już nawet nie chodzi o to, czy ,,od małpy, czy nie od małpy” jest ten człowiek, tylko o to, w jaki sposób, bezwiednie nawet, koncepcja ewolucji stoi w poprzek tego, o czym mówi Słowo Boże. Tu dążenie do cezury, tu nieustanny cykl.

Michał: Mnie teoria ewolucji nie przekonuje. Są nawet takie teorie uczone na katolickich uczelniach przez niektórych wykładowców, że początkiem człowieka była animacja, to znaczy to, że nawet jeśli rozwijał się on pierwotnie od jakiejś tam kijanki poprzez małpę, to był ostatecznie taki moment, że to Bóg tchnął w niego tchnienie życia i dał mu wolną wolę, pamięć, sumienie, etc. I to właśnie w tym miejscu miałoby nastąpić to stworzenie człowieka. Udowadnia się to też tym, że wcześniej nie odczuwał on wstydu, bo brakowało mu samoświadomości – jako jednej z dwóch cech obok wolności klasyfikowanych jako stricte ludzkie – w związku z tym, jeśli tak jest, to Adam i Ewa z chwilą, gdy poznali, że są nadzy, nabyli tej samoświadomości. Także takie hipotezy.

Maja: Czyli jednak jakaś ingerencja Boska wchodzi w grę. Przecież biologia nie zna przypadku mutacji pozytywnej, jeśli chodzi o przypadek człowieka. Zwykle one oznaczają choroby genetyczne i anomalie gatunkowe. A w teorii ewolucji mowa o takiej jakiejś cudownej mutacji, która w tajemniczy sposób umożliwiła jednak przeskok od małpy do człowieka, takie inne ex nihilo.

Michał: Więc nie dziw się, że mnie to nie przekonuje (uśmiech). Czasami z kolei koncepcje kreacjonistyczne są przedstawiane w mediach w sposób groteskowy, zabawny, uproszczony, z takim przekazem podprogowym, albo nawet zupełnie jawnym, że tylko idioci, naiwniacy w to wierzą. Natomiast mnie przypomina się wtedy taki filmik przedstawiający dwa dzidziusie w łonie matki, gdzie jeden mówi do drugiego: ,,Ej, wierzysz w życie po urodzeniu?” – ,,Nie, no co ty, zwariowałeś?” – ,,No a wierzysz, że jest jakaś mama?”. Mam wrażenie, że tu się dzieje coś analogicznego. Mnie Bóg przekonał do tylu rzeczy, które wydawały mi się niewiarygodne, że jeśli czytam w Biblii, że Bóg stworzył człowieka, to ja to biorę tak, jak jest. I jakoś czuję, że nie jest mi to do zbawienia potrzebne wiedzieć, czy On to zrobił w ciągu dwudziestu czterech godzin czy w ciągu tysiąca lat.

Maja: Ja od Stasi Iżyk usłyszałam raz coś, co mi dało bardzo do myślenia, mianowicie, że w teorii ewolucji nie jest potrzebny zbawiciel, ktoś, kto odkupi stworzenie – po co, skoro ono się rzekomo doskonali samo? Więc wychodzi na to, że to jednak jest istotne, czy jako osoba wierząca uznaję tę teorię czy nie. Że to ma swoje dalsze skutki w postrzeganiu i interpretacji świata.

Michał: Może tak – wychodziłoby, że zbawiciel nie jest niezbędny. Są tacy zwolennicy teorii ewolucji, którzy twierdzą, że Jezus dołożył swoją cegiełkę do tego wszystkiego, podnosząc nasze życie na wyższy poziom, moralność na wyższy poziom, że przez to ewolucja się zrobiła szybsza, zyskała nową jakość. Ale, rzeczywiście, nadal nie jest niezbędny. Czyli generalnie, nawet jeśliby Jezus nie przyszedł, to ludzkość i tak zaczęłaby kochać nieprzyjaciół, a przynajmniej niektórzy…

Maja: …w ramach ,,dobroludzizmu” (uśmiech).

Michał: …tak, ,,dobroludzizmu” z kosmosu (uśmiech).

Maja: Podoba mi się to, że możemy mówić o apokalipsie, objawieniu, nie bojąc się poruszania w Tajemnicy, mając świadomość, że nie chodzi o jakiś sekret, którym Bóg ma nam grać na nosie i irytować nieprzystępnością.

Michał: Nawet więcej! Bo ta Tajemnica jest ukryta nie przed nami, ale właśnie ze względu na nas. Ona jest dla nas. To nie jest desperackie chowanie słodyczy przed dzieciakami, żeby nie zjadły, tylko bardziej jak taka gra przedświąteczna, że się ukrywa różne smakołyki po kątach i maluchy szukają, wiedząc, że ostatecznie znajdą. Mam wrażenie, że Księga Apokalipsy właśnie jest czymś takim. Bóg chce, żebyśmy szukali jej znaczenia, żebyśmy ją odkrywali, On chce ją przed nami odsłaniać. Teraz jest to możliwe przy powszechnym dostępie do tekstu Biblii. Jeszcze przed stu laty, na przykład, liczba osób mogących czytać i studiować Słowo była bardzo ograniczona. Nie licząc duchownych, prezbiterów, zakonników, to były treści w większości słyszane raz w tygodniu w kościele, i tyle. Można powiedzieć, że dopiero w ostatnich dekadach Biblia znalazła się ,,pod obróbką” milionów, miliardów serc i umysłów zwykłych ludzi. To znacznie poszerza percepcję i możliwości interpretowania Apokalipsy.

Maja: Jesteś zwolennikiem tego, żeby taki Kowalski brał Apokalipsę i czytał, jak leci?

Michał: Niech czyta. Ale niech też studiuje. Dzisiaj w dobie Internetu jest naprawdę łatwy dostęp do różnych komentarzy, źródeł i tropów w jakimkolwiek temacie. 

Maja: No ale w Internecie to można znaleźć prędzej masę teorii spiskowych i apokaliptycznych fantazji. Masz coś sprawdzonego do polecenia? 

Michał: Nie jest to łatwe pytanie. Odpowiedź, która przychodzi mi na myśl, to nie jest konkretny tytuł książki, ale bardziej pewien trop, który mnie samego poprowadził w tej tematyce dalej. Punktem wyjścia było zauważenie roli Izraela w dziejach zbawienia i w dziejach ludzkości. To tutaj w ogóle zaczęła się rewolucja w moim myśleniu o wszystkim w zasadzie, także o Apokalipsie. Nagle zorientowałem się, że Biblia, którą całe życie czytam po grecku, w sensie greckiego mindsetu, modelu myślenia, jakoś w wielu miejscach nie trybi, nie styka. To był pierwszy impuls – błogosławiona wątpliwość, czy ja w ogóle używam odpowiedniego klucza semantycznego, żeby prawidłowo odczytać Słowo. Potem drugim momentem było, kiedy ktoś zwrócił mi uwagę na 24. rozdział Ewangelii Mateusza, kiedy to uczniowie przychodzą do Jezusa i wypytują Go, kiedy przyjdzie już to wypełnienie czasu, kiedy przywróci królestwo Izraela. Jezus odpowiada wprost, odwołując się do Księgi Joela. Tu mi się zapaliła lampka, że tematyka apokaliptyczna nie jest czymś, co pojawia się w Biblii systemowo, tzn. nie można powiedzieć: słuchaj, o końcu świata to sobie poczytasz tu, w tym miejscu, księga x, rozdział y. To raczej wątek, który Bóg objawia różnych ludziom w różnym czasie.

Maja: No tak, św. Jan, pisząc tekst Apokalipsy, nie wymyślił wszystkiego z góry na dół. Przytacza masę cytatów i to z przeróżnych ksiąg, z Ezechiela, z Joela i zewsząd – plus jeszcze opis tego, co sam zobaczył w wizji. Można powiedzieć, że poukładał pewne puzzle.

Michał: Po tych moich uświadomieniach związanych z rolą Izraela i Mt 24, zacząłem właśnie też ,,układać puzzle”. Zadawałem sobie pytania, gdzie ten wątek o wypełnieniu czasu się w ogóle w Biblii pojawia, w jakich kontekstach? Może Biblia tłumaczy samą siebie? Usłyszałem, że jest nawet taka metoda egzegezy, że się objaśnia jeden fragment przez odwołanie do innego, sam Jezus – zacząłem zauważać – przecież stosuje taką metodę, bardzo dużo cytuje z Proroków i Pism na objaśnienie tego, co mówi.

Maja: Toż to stara rabiniczna metoda! (uśmiech)

Michał: Dlatego też naraz księgi zaczęły mi się ze sobą łączyć. Zaczęło stykać! Zobaczyłem, jak całe Słowo jest ze sobą w jednym wielkim dialogu odniesień i nawiązań. Spoiwem okazał się temat, a nie konsekwencja ciągu słów.

Maja: Bardzo wiele się zmienia, gdy zaczynamy myśleć jak Żydzi. Nie bez powodu przecież nazywani są oni ludem Księgi. Oni naprawdę żyją W SŁOWIE. Jeśli się porozmawia z jakimś rabinem czy w ogóle wierzącym Żydem, to szybko wychodzi, że jego głowa to siedlisko odnośników. To my często czytamy Biblię, żeby ją przeczytać, od deski do deski, poodhaczać po kolei księgi i nawet nie dochodzi do nas, że to wszystko stanowi jeden zwarty organizm, pulsujący echami samego siebie, spójny wielogłos. Żydzi okazują się nie mieć tych ,,ścianek działowych” w mózgu przy lekturze.

Michał: Oj tak, u nich storytelling wygląda zupełnie inaczej. I tu chyba dochodzę do odpowiedzi na twoje poprzednie pytanie: co polecić komuś, kto chce zacząć studiować Apokalipsę – polecam Żydów (śmiech). To znaczy, obcowanie z nimi, z ich sposobem myślenia naprawdę otwiera oczy na wiele spraw. Chociaż konkretne tytuły też mi teraz przychodzą do głowy. Jeden to lektura z czasów studiów na Bobolanum, z zalecenia ks. Juliana Sulowskiego SJ, Starożytny Izrael. Są tam zebrane wypowiedzi kilku międzynarodowych specjalistów, które zebrał i opublikował ks. Waldemar Chrostowski. Obok tego książka stawiająca inspirujące do poszukiwań pytania Kopernik i Żydzi Daniela Grubera, Żyda mesjańskiego z Bostonu (niedawno wznowiona w przepięknym wydaniu). Także całym sercem polecam książki ks. Petera Hockena, w ogóle wszystkie, ale w tym temacie zwłaszcza pozycję Pięćdziesiątnica i Paruzja.

Maja: Wiele problemów interpretacyjnych bierze się też z tego, że my chyba zapominamy, że to Żydzi są autorami biblijnych ksiąg. Ja mam na przykład tak, że jak mnie zachwyci jakaś książka, to od razu zaczynam skanować Internet, żeby dowiedzieć się czegoś więcej o autorze: skąd, jak, dlaczego, co go ukształtowało, co to za człowiek, jaka szkoła, z kim mieszkał, jakie środowisko. Więc to jest naprawdę podejrzane i dziwne, że my, biorąc Biblię do ręki w ogóle nie mamy wrażenia, że to niezbędne poznać autorów. Chcemy zrozumieć księgę, wypierając autorów. Co więcej, niejednokrotnie żywiąc i kultywując niechęć do nich. To jest świetne wyrażenie w ogóle – ,,żywić niechęć” – bo ono zakłada decyzję naszej woli. Możemy żywić, a możemy zagłodzić. Także co? Polecamy zagłodzić nareszcie niechęć do Żydów?

Michał: Zdecydowanie! Jest taka naturalna kolej ekspresji, że dzieło ujawnia autora. Nawet w pracach naukowych tekst może być w temacie danej dziedziny, a ja po lekturze więcej będę w stanie powiedzieć o nastawieniu autora niż o przedmiocie. Jeżeli więc Biblię napisali Żydzi w kontakcie z Duchem Świętym, to na pewno ujawnia to i cechy Ducha Świętego i Żydów.

Maja: To prawda, autorem jest Bóg, pod którego natchnieniem pisali autorzy. Ale wydaje mi się to dużym błędem pomijać fakt, dlaczego postanowił On wybrać akurat takie narzędzie, taki język, taką kulturę, taki model myślenia, żeby objawić najważniejsze tajemnice życia i śmierci. Często zupełnie nie myślimy o tym, że to ma znaczenie. Bierzemy Biblię, jakby była zaczarowana i trochę abstrakcyjna, jakby zstąpiła mistycznie z nieba.

Michał: Apokalipsa jest pełna niuansów, może się nawet wydawać momentami, że jest napisana jakimś szyfrem. Ale jeśli nauczymy się czytać Biblię tak, jak jej autorzy, ucząc się od nich, wiele z tych zagadek przestanie być zagadkami, a stanie się treścią zupełnie logiczną i powalającą w chwale swojego przekazu. Dlatego ja bardzo na to wszystko czekam, aż się ,,dziać zacznie”.

Maja: Niewielu wierzących zdaje się czekać. Chrześcijanie na ogół czują, że powinni, ale bardziej się jednak boją. Co byś im poradził?

Michał: Żeby nie dali sobie obrzydzić czytania Apokalipsy. Mądrość i pokój w sercu nie przychodzą same – wymagają czynnej współpracy z bojaźnią Pańską i Miłością, która wszystko przewyższa. Poradziłbym, żeby wzięli odpowiedzialność za swój duchowy rozwój i nie dali się wchłaniać popkulturze.

Maja: A na co czekasz?

Michał: Na pochwycenie. Na ten moment, kiedy ,,dwie będą mleć na żarnach, jedna będzie wzięta, a druga zostawiona” (Mt 24, 41). Ten moment, w którym…hmm…

Maja: …Ukochany przychodzi i cię zabiera! To takie romantyczne! (śmiech) Dokładnie jak w tych głupich, nierealnych filmach miłosnych, które oglądamy, a potem wzdychamy, że życie takie nie jest. Ale jednak te tęsknoty w nas są! Że jest ten rycerz na białym koniu. Tylko źle to lokalizujemy w swoim sercu, odnosząc do ziemskiej miłości, bo może mamy to wkodowane w nas ze względu na Jezusa!

Michał: Właśnie na to czekam. Jestem podekscytowany! Chcę zobaczyć to, jak Bóg przychodzi, powraca, tak fizycznie. I ci wszyscy ludzie w tych samochodach się zatrzymują. To będzie błysk od wschodu do zachodu i nie umknie niczyjej uwadze na świecie. Ludzie wyjdą i będą patrzeć, co się dzieje…

Maja: …i robić transmisję live komórkami (śmiech)…

Michał: …tak, wyjdą, zobaczą, pojmą i klękną. I dla wszystkich będzie nagle jasne, że wrócił Król, że przyszedł prawdziwy władca tego świata. Opadną zasłony z oczu, każdy język to wyzna, kim On jest, i każde kolano się zegnie przed Nim. Ludzie rozpoznają. Czekam też na to, żeby wybrać się wtedy do Jerozolimy i spotkać Go tam. Zobaczyć Jerozolimę, która tym razem rozpoznała czas swojego nawiedzenia.

Maja: A właśnie! Tak jeszcze w kontekście tego zarządzania miastami: skoro Jezus powróci na Syjon, to będzie fizycznie w Jerozolimie, a nie na przykład na Rynku w Krakowie czy w Honolulu – to my tam będziemy – i ktoś będzie musiał ,,zarządzać tym kramem” (śmiech).

Michał: I to hierarchicznie! Nie w ustroju demokratycznym. To będzie ciekawe!

Maja: Czyli mogłoby się to wydarzyć dzisiaj?

Michał: Myślę też o tym sądzie i rozliczeniu, które się z tym wszystkim łączą. Że naprawdę wyjdzie, co jest czarne, a co jest białe. To wzbudza bojaźń i trwogę. Więc z jednej strony czekam na to wszystko, ale też jestem wdzięczny Bożej mądrości i miłosierdziu, przez pryzmat których Bóg odwleka albo przybliża to w czasie. Bo żywiąc te tęsknoty za Jego powrotem, wiem jednocześnie, jakie tęsknoty Jego serca jeszcze się nie zrealizowały i właśnie ze względu na to nie chcę, żeby już dzisiaj się to wszystko stało…Ty też masz wrażenie, że dopiero jakby zaczynamy tę rozmowę?

Maja: (uśmiech). 

***************************************************************************

Michał Grzanka – mąż Agnieszki, tata Janka, Mikołaja i Gabrysi; ukończył pedagogikę specjalną na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego; od 2018 lider Publicznego Stowarzyszenia Wiernych Archidiecezji Warszawskiej Służba En Christo; współtwórca inicjatywy tato.net; szkoli i jest mentorem dla mężczyzn i kobiet pragnących naprawić i rozwijać swoje relacje z dziećmi; coach, mentor, trener i konsultant w środowisku biznesowym oraz NGO; pasjonuje się narciarstwem zjazdowym i biegowym, wspinaczką skalną i górską, paralotniarstwem żeglarstwem, koszykówką, snorlkingiem oraz grą na gitarze basowej.

Grafika: Beata Kowalewska-Tylka – artysta grafik/projektant, prywatnie żona i mama, mieszka w Krakowie, głosi Dobrą Nowinę językiem ilustracji (Instagram: @borntobelight).

Dział publicystyczny „Na werandzie” funkcjonuje dzięki wsparciu darczyńców Fundacji „SOWINSKY”. Możesz nam pomóc tworzyć i rozwijać tę przestrzeń przy pomocy wpłat na konto naszej Fundacji: 13 1140 2004 0000 3302 7887 9056 tytułem „darowizna na realizację celów statutowych”. 

Dziękujemy za wsparcie! Dzięki Wam możemy tworzyć dalej. 🙂