„Tyle kotów – powiedziała wreszcie. – Jak te ptaki nie boją się śpiewać?”

(Czesław Miłosz, Dolina Issy)

Gdyby Bóg był perfekcjonistą, nie mielibyśmy w ogóle o czym rozmawiać. On jest Doskonały, a to co innego. W perfekcji kryją się zawsze jakiś pośpiech i irytacja z powodu nieociosania spraw, nieforemności czasu. To doskonałość sprawia, że paradoksy balansują pomiędzy ,,już” a ,,jeszcze”, pożenione ramionami jednej wagi.

Często pełnię życia mylimy ze skrajnością. Bo jeżeli wyobrażamy sobie ją jako pasmo powodzenia, spełnienia, kosztowania nektarów i niesłabnącej siły, to jak to nazwać? Niesłusznie lekceważymy mądrość Koheleta, dobrodusznie biorąc go za Kłapouchego Starego Testamentu. To nie jest smętny egzystencjalista, to rycerz własnego serca, odważny na tyle, by zaryzykować skraj wszelkiego rozczarowania dostępnego człowiekowi po to, by móc stać się lekkim jak promień. Taki krytyczny punkt spotkania z Absolutem, w którym się człowiek rozczepia na osobowe wiązki światła, taka śmierć kliniczna bez kliniki.

No-ale-hola-hola, nie każdy jest zaraz mistykiem. To prawda, nie każdy jest ,,za raz”, chyba nawet nikt, nie licząc Miriam z Nazaretu. Ale za dwa, za trzy, za sto – pytanie, czemu nie myślisz, że to dla ciebie? Odkąd ,,Jezus stał się człowiekiem, żeby człowiek mógł się stać Bogiem”, serio myślisz, że są jakieś ograniczenia na tej trasie? On nie wcielił się, aby się popisać. On wcielił się, żebyś nie miał wymówki od wejścia w przeznaczone ci życie.

Nasze życie duchowe często stoi w miejscu tylko dlatego, że zamiast patrzeć Mu w oczy, patrzymy na boki. Jak Kojot w Zwariowanych Melodiach – spada w przepaść tylko wtedy, gdy spogląda w dół – gdyby nie to, biegłby dalej w powietrzu. Albo tracimy siły na porachunki z samymi sobą, z Nim, zamiast romansować. Czasem jeszcze chcemy coś uczciwie uzgodnić, w dobrej wierze zracjonalizować (cóż za prześliczny paradoks!), żeby jakoś się jednak logicznie wytłumaczyć przed światem. Tylko po co? Jezus nie przyszedł po to, żeby objaśnić nam świat, On przyszedł zacząć coś, co ma ten świat zmienić: chrześcijaństwo nie miało zamiaru wyjaśniać rzeczywistości, tylko ją transformować (według myśli Alberta Schweitzera).

Nie możemy w jakichś demokratycznych oparach żyć, ciągle oczekując akceptacji ze strony świata. To my mieliśmy być ci jaskrawi szaleńcy od kochania, znani z brawurowej radości i skandalicznej łaski. To my jesteśmy od początku ci ,,tęczowi” – dzieci przymierza, wiecznego, przez krew paschalnego Baranka. Musimy być znowu jak dziecko, które, gdy wślizguje się komuś na kolana, nigdy nie myśli, czy aby nie jest za ciężkie albo nazbyt kościste. To tylko dorośli mają takie skrupuły.

Świat od zawsze na zawsze będzie się dezintegrował na naszych oczach. I tylko głęboko wierzący, ci, którzy naprawdę mają Jezusa, czyli Życie w sobie, nie dadzą się w tym wszystkim ograbić z radości. Nie chodzi mi tu o zadowolenie czy satysfakcję, czy chwilowe poczucie dreszczyku istnienia, ale o stan niewzruszonej radości, który jest darem pochodzącym spoza nas, od Ojca świateł. Niedawno mój wierzący znajomy powiedział mi coś ważnego. Opowiadał, jak zachorowała na nowotwór jego żona i jak z trójką dzieci przez to przechodzili: ,,Maja, w pewnym momencie odkryliśmy, że walka toczy się tak naprawdę o poziom radości w naszym życiu. Żeby, nie wiedząc, co będzie, nie przegrać radości”. Wyzdrowiała. 

,,Radość nie jest zdradą” przeczytałam ostatnio u Rebecci Solnit w Nadziei w mroku. A chociaż ona pisze to w świeckim kontekście postawy, jaką powinni przyjmować działacze i działaczki w reakcji na małe nawet zwycięstwa inicjatyw obywatelskich (których omawiane spectrum jest bardzo szerokie), to jakby przecież przeczuwa tu coś głęboko duchowego. Radość nie jest zdradą. Jest pełną wiary decyzją, która będzie kontrowersyjna. Ale co nas to obchodzi? Czy ptaki mają przestać śpiewać, bo świat jest pełen kotów?

Tak naprawdę trzeba wielkiego tupetu, żeby odważnie żyć swoim życiem. I nie mam tutaj na myśli ,,bycia, kim tylko zechcesz”, ,,pokazania im wszystkim, na co cię stać”, ,,dojścia do czegoś w życiu”, ,,bezkrytycznego <<bycia sobą>>”, czy innych bzdur. Ty. To coś bardzo zamierzonego, misternego i wzniosłego. Czy niemowlę musi nam coś udowodnić, żeby ,,się liczyło”? Czy jego bezradność i unikalność zarazem nie są manifestem wystarczającym samym w sobie? Zawsze, gdy mam trudną przeprawę z jakimś jegomościem albo jejmością, wyobrażam sobie ich jako noworodki, które są całym światem dla mamy i taty. To jest właściwe, dopiero wtedy, przez ten pryzmat wiem, że mam szansę odnieść się do nich odpowiednio. Zacząć od nowa, od źródła patrzenia.

Żyć odważnie swoim życiem. Z całą odwagą nieprzystawalności Jego dziecka nie z tego świata. Z całym tupetem ekstrawaganckiego pomysłu, jaki On miał na mnie, i ja w to wchodzę. Z całą irytującą radością, jaką tylko można mieć wobec rozpadającego się świata, wiedząc, że On już uczynił wszystko nowym. Z całą bezsensowną ulgą na myśl o policzoności swoich dni, bo ich liczba oznacza, że jestem jednostkową otwartą linią, wydartą bezdusznej zamkniętej powtarzalności kosmicznego czasu.   

Maja Sowińska

Fot. Archiwum własne

Dział publicystyczny „Na werandzie” funkcjonuje dzięki wsparciu darczyńców Fundacji „SOWINSKY”. Możesz nam pomóc tworzyć i rozwijać tę przestrzeń przy pomocy wpłat na konto naszej Fundacji: 13 1140 2004 0000 3302 7887 9056 tytułem „darowizna na realizację celów statutowych”.

Dziękujemy za wsparcie! Dzięki Wam możemy tworzyć dalej. 🙂