Są takie książki, które bierze się do ręki z głośnym westchnieniem w duchu: „nareszcie – jakiś poradnik z ukłonem w stronę katolików”. Bóg znajdzie Ci pracę, Bóg nigdy nie mruga, Jesteś cudem. Rozsiadam się wygodnie, bo przecież ktoś odważnie przyznał się do wiary, będzie – wojując chrześcijańską radością przemienionego serca – wykładał katolicki styl życia, więc ze spokojem czytam. Czytam: przez palce, zgrzytając zębami.

Nabrałam się na cukierkowe okładki i marketingowe hasła. Chyba nie ja jedyna. Książki Reginy Brett – w Polsce, gdzie katolików jest tak wielu – cieszą się szczególną popularnością. Całkiem rozumiem tę chęć sięgnięcia po tytuł nie cytujący w co drugim zdaniu Katechizmu Kościoła Katolickiego, który nie byłby w dodatku intelektualną szarżą naukowo-teologicznego stylu, który – przyznajmy to – czasem jest nie do przetrawienia! Przecież, jak sama wyznałam, dałam się nabrać, we mnie też była ta potrzeba przeczytania czegoś lekkiego i wartościowego. Ale.

Zdaje się, że bez tych solidnych fundamentów nauczania Kościoła, bez zrozumienia teologicznego przekazu, niezrozumiałego dla przeciętnego Kowalskiego, można wypłynąć na nieznane wody, na których z Boga robi się automat do kawy, a z wiary miły, pluszowy dodatek do torebki. Nawet nie zauważa się, jak mętna robi się ta woda, jak płytkie staje się to, co przecież w Bogu jest bezdenną głębiną.

Z moją przygodą z książkami Brett jest trochę jak z dysonansem poznawczym. Takiego rozdźwięku doświadczyłam przy lekturze Jesteś cudem. Spis treści prezentował się zachęcająco: Każda przeszkoda jest misją od Boga, Bóg nie zawsze powołuje silnych (…), Bogaty Ojciec, który Cię kocha, obdarza dostatkiem ciebie i wszystkie swoje dzieci albo Bądź dobrym mnichem, uczyń swoje życie modlitwą. Obok budujących treści, ubranych w absolutnie świetny, zabawny i lekki styl autorki, pojawiają się, jak wilk w owczej skórze, wtręty z zupełnie innego poletka. Bo obok Biblii, Dobrego Boga, modlitwy i wiary pojawia się cała plejada wyznań wschodnich z jogą na czele. Jogę poleca autorka jako wspaniałą formę fizycznych ćwiczeń pomagających w medytacji i modlitwie (!), a praktyki reiki są z kolei aprobowane jako forma oderwania myśli od choroby nowotworowej. Techniki holistyczne (akupresura, akupunktura, homeopatia) oferuje Brett tym, którzy chcą mieć zdrowe ciało i pozytywnie myśleć. Nie brakuje również aprobaty dla ruchów New Age.

Jak na wilka w owczej skórze przystało, trzeba pogrzebać, zajrzeć do środka, czujnie prześwietlać, żeby zobaczyć, że to, co widzimy, to nie jest rzeczywiście to, co jest. Felietony Brett są próbą zespolenia ze sobą sprzeczności. Dla mnie to trochę jak komunikat „wierzę, ale nie praktykuję”. Tak więc ustawicznie przeplatają się wzajemnie teksty dobre i budujące ze zdaniami w tonie: „A jeśli w Bogu widzi obcą albo złośliwą istotę, która ją ocenia, to niech znajdzie sobie nowego Boga” czy „Wszyscy dostajemy od życia gorsze karty. Różnica polega na tym, jak rozegrasz tę partię. Albo jak dobrze blefujesz”, „Używaj korektora, pryszcze znikają szybciej, jeśli nie będziesz ich wyciskać” lub „Każde doświadczenie, nawet błahe i prozaiczne, może być (…) błogosławieństwem (…). Nie ważne czy będzie to (…) rozwód, mandat za przekroczenie prędkości (…) bądź za nie wdzięczny, a potem idź dalej”. 

Dobór postaci jako wzorców, na które Brett się powołuje, też nie należy do najtrafniejszych. W rozdziale Módl się tak, jakbyś wierzył w każde słowo pisze dziennikarka o Erneście Holmesie, który „na dobre zmienił sposób, w jaki się modli”. Holmes jest założycielem Kościoła Nauki Religijnej, znanego także jako Nauka o umyśle. Nauka ta mówi o Najwyższej Tajemnicy, wykorzystując reguły starożytnej magii, łącząc jednocześnie chrześcijaństwo z szamanizmem. W felietonie 47. pojawia się książka Nieskrępowana dusza autorstwa Michaela Singera. Jednakże pozycja ta promuje nie Chrystusa, a tao oraz zasadę równowagi przeciwieństw – Jing i Jang. Pojawia się także aprobata dla protestanckiego Zjednoczonego Kościoła Chrystusa, który to znany jest w świecie z liberalnych poglądów, poklasku dla homoseksualizmu (nawet wśród duchownych) a także z opowiedzenia się za legalizacją małżeństw jednopłciowych.

Zdobyłam się na wysiłek głębszego poznania tych wszystkich zachwalanych metod, instytucji i ludzi. Ale zdaję sobie sprawę, że wielu ludzi bierze treść taką, jaka jest. Bo skoro pojawiają się w niej słowa-klucze: Bóg, modlitwa, wiara, a autorka jest katoliczką, to nikt przecież nie będzie nam próbował wciskać „kitu”. Szkopuł jednak w tym, że ów zbiór felietonów jest produkcją opartą na synkretyzmie poglądowym i religijnym.

Dałam szansę dziennikarce i sięgnęłam po książkę Kochaj. Myślę sobie – kilka lat dzieli obie pozycje, może coś się zmieniło w ich treści. To nie była dla mnie łatwa książka. Autorka opowiada w niej bardzo trudną i złożoną historię swojego życia, która wydaje się być jakimś zagmatwanym scenariuszem dramatycznego filmu z happy endem. Żeby było jeszcze ciężej, już w drugim rozdziale wspomina Brett, jak okrutne bywały siostry zakonne w szkole, do której uczęszczała. Opowiada też: „W drugiej klasie mieliśmy pierwszą komunię świętą i wierzyliśmy, że to prawdziwe ciało Jezusa. Zanim ją przyjęliśmy, musieliśmy jednak wypowiedzieć słowa: >>Panie, nie jestem godzien, abyś przyszedł do mnie, ale powiedz tylko słowo, a będzie uzdrowiona dusza moja<<. Jak można uczyć dzieci, że nie są godne, żeby przyszedł do nich Bóg?”. Umówmy się – Kościół Katolicki nie jest idealny, ma w sobie cały ogrom poranień i trudności, bo przecież tworzą go ludzie. Czytając jednak książki Brett, dostrzegłam, że z wieloma obszarami życia poradziła sobie, ale nikt jej nigdy nie opowiedział Kościoła właściwie. Cały ten rozdział jest krzykiem małej dziewczynki, która woła, że nie musi być idealna, że jej dusza nie jest czarna, a serce jest czyste; że nie musi się wstydzić. Tak, ale to nie Jezus jest tutaj Tym, który pokazał jej, kim naprawdę jest. Jezus w ogóle nie pojawia się w tej książce. Jakby nie było Zbawiciela. Sama się zbawiam – za Bożą zgodą. Wszystko sobie dopasowuję do mojej wizji. Brett zatrzymała się na dziecięcym postrzeganiu wielu aspektów wiary, a że dzieciństwa nie miała łatwego, to za niepogłębiona percepcją stoi też wiele nieuzdrowionych zranień. Poza tym ciągle trafiałam podczas lektury na wtręty typu: „Beth, bratnia dusza, z którą musiałam dzielić celę klasztorną w poprzednim życiu” (serio? poprzednie życie? reinkarnacja?) lub „karma czy przypadek?” albo „pora w pełni zadomowić się w swoim życiu i w ciele, które przypadło nam tym razem w udziale”. Jeszcze tak pisze: „Nie wierzę, że ty i ja urodziliśmy się grzeszni”. Deklarację swojego duchowego życia i swojego rodzaju „oczyszczenia” z przeszłości dokonała na 40-dniowej medytacji jogi (oczywiście wplata w to wyznanie Boga i modlitwę, ale oczyszcza się w pierwszej osobie, jakby sama miała moc to czynić – tryumfujący humanizm!). Nie ma tutaj dobrego fundamentu, więc nawet hasła: Bóg Cię kocha, masz wartość, módl się, rozwijaj, walcz – bez podstawy, jaką jest Jezus i właściwego spojrzenia na kościół i Ewangelię, promują je jako techniki samokształcenia, samozbawienia i samorozwoju. Środek identyczny co u ludzi wierzących, poszukujących prawdy w Słowie Bożym, starających się zrozumieć, pogłębić zrozumienie nauczania Kościoła. Ale źródło i cel są inne. Brett zgubiła gdzieś po drodze krzyż; że Bóg we wszystkim współdziała z nami dla naszego dobra (Rz 8, 28) – nawet w trudnym i niezrozumiałym; że mamy się zapierać samych siebie; że to On nas zbawia, to On ma plan dla naszego życia.

Przesadzam – już słyszę te głosy sprzeciwu. Demonizuję świetną autorkę, której książki pomogły w życiu wielu ludziom, także w zbliżeniu się do Boga. Nazwałabym to inaczej – uwrażliwiam, proponuję filtrować treści. Święty Paweł przypomina przecież, że mamy ducha trzeźwego myślenia (2 Tm 1, 7), żeby nasze „tak” było „tak”, a „nie” było „nie” (2 Kor 1, 17),  a Jezus mówi, żebyśmy nie dali się zwieść (Mt 24,4) i żebyśmy nie dowierzali każdemu duchowi, ale badali, czy są z Boga (1 J 4, 1). Święty Paweł w drugim liście do Koryntian pisze także, że w tym, co mówi, nie ma jednocześnie „tak” i „nie”, ale w Jezusie jest absolutne tak – dla Ewangelii, przykazań i życia według serca Ojca. U Brett brakuje mi tego radykalizmu. Widzę walkę między Bożym a własnym myśleniem, między niebem a światem, i zbyt łatwe przyzwolenie na to, by to, co nam w trudnej i wymagającej nieraz nauce Jezusa nie pasuje, zmienić na to, co nam pasuje i czyni życie łatwiejszym i szczęśliwszym. Ale czy o to chodzi w życiu z Bogiem? O łatwość i lekkość? O realizację siebie i swojego scenariusza? O wciskanie Boga w swoje ramy? Bramy ciasne i ścieżki wąskie. Miecz i ogień. Jego ścieżki i myśli nie są nasze. Czasem tak trudno jest nam zrozumieć, że Bóg chodzi naszymi drogami, żebyśmy w końcu mogli złapać Go za rękę i zejść na Jego ścieżki.

__________________________________________________________________________________________________________________________

Aleksandra Charyga – literaturoznawczyni i filolog polski (Uniwersytet Śląski), bibliotekarka specjalizująca się w literaturze dla dzieci, obecnie szkoli się w zakresie studiów życia rodzinnego oraz metod naturalnego planowania rodziny; pasjonuje ją odkrywanie powołania kobiety jako żony i mamy według Bożego zamysłu; żona Artura i mama Niny, mieszka w Knurowie.

***

Dział publicystyczny „Na werandzie” funkcjonuje dzięki wsparciu darczyńców Fundacji „SOWINSKY”. Możesz nam pomóc tworzyć i rozwijać tę przestrzeń przy pomocy wpłat na konto naszej Fundacji: 13 1140 2004 0000 3302 7887 9056 tytułem „darowizna na realizację celów statutowych”.

Dziękujemy za wsparcie! Dzięki Wam możemy tworzyć dalej. 🙂