Poznać się, tracąc się.

Nieustanna, czujna wrażliwość na drugą osobę – rzeczywistość żony i mamy. 

Nie potrafiłam tego jakoś sparować, usunąć odwieczną polaryzację między „wszystko dla siebie” a „wszystko dla innych”.

Jezus mówi: 

„Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje! Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z powodu Mnie i Ewangelii, zachowa je” (Łk 9, 23-24).

Dobrze. Ale przecież jednocześnie świat do nas krzyczy: macierzyństwo to strata – pożegnaj się z wolnością, samorozwojem, czasem dla siebie, a przywitaj – zaniedbanie, zmęczenie i frustrację.

„Bo myśli moje nie są myślami waszymi,
ani wasze drogi moimi drogami –
wyrocznia Pana” (Iz 55,8).

Uporczywie starałam się chwycić chwilę między karmieniem córki a gotowaniem obiadu, żeby – w wyżebranym skupieniu – wsłuchiwać się w Boży głos w sercu. Frustracja. Nieznośny złodziej pokoju wkradał się w te chwile z niezwykłą precyzją, niszcząc, grabiąc, burząc.

Modlitwa zmieniała moje serce, bo przecież Jezus czyni nieskończenie więcej niż to, o co prosimy czy to, co rozumiemy. 

Przyszedł jednak taki moment, że Duch Święty przestawił zwrotnicę na mojej drodze poznawania siebie, chwytania sensu podjętych ról, zgłębiania tożsamości dziecka Bożego w tym konkretnym powołaniu do bycia żoną i mamą, i… poprowadził mnie tam, gdzie moje drogi i myśli się skończyły.

Prawdziwa zmiana dokonała się od środka. Ale! Zaczęła się na zewnątrz.

Prawdziwym przełomem, kluczem do zrozumienia słów Jezusa, olśnieniem, był fragment z Mulieris Dignitatem Jana Pawła II. Że osobą jest się wtedy i wtedy się siebie poznaje i zyskuje, kiedy jest się darem (i to bezinteresownym) dla drugiej osoby.

Myślę o tej krucjacie drobiazgów, odnawiających się stale obowiązkach, monotonnych jak codzienny płacz dziecka, gwizd czajnika, dźwięk wirującej pralki. Tutaj dopiero. W tym miejscu zrozumiałam, że aby odnaleźć siebie, poznać się, pokochać i żyć pełnią życia, którą przygotował dla mnie Jezus, nie mogę się zawłaszczyć, chciwie schować w głębi siebie. Ale mam się rozdawać. To, co dostaję w sercu, rozdać innym, nakarmić ich – w miłości. 

Błogosławiona logika sprzeczności. Zyskuję się, tracąc się. Czysta Ewangelia.

On też nie zostawił sobie nic, cały się ogołocił. A jednocześnie wiedział, Kim jest, czyj jest, dokąd idzie.

Człowiek jest osobą, jest sobą, jeśli posiada się przez miłość, a ta z kolei ucieleśnia się, o ile czynię dar z siebie. Bóg mówi do mojego serca, nabrzmiałe od łaski serce wylewa bogactwo na czyny, słowa, gesty, a te – zbierając owoc – ponownie wchodzą do serca, znów zlewając się z Bożym szeptem. Nieustanna komunia, wieczna wymiana.

Błogosławione pranie i prasowanie, tony przepoconych ubrań, plamy pamiętające wszystkie chwile dziecięcych poszukiwań, starań, doznań. Błogosławione brudne naczynia. Nigdy bowiem nie byłam bliżej Boga, niż w tych chwilach świętej zwyczajności. Kochany, ukryty Nazaret.

Słodkie zaskoczenie – bo Jezus trzydzieści lat spędził w ukryciu Nazaretu. A wszystko, co przemilczała Ewangelia, zawarło się w Jego słowach i czynach.

Poznać się, tracąc się.

Aleksandra Charyga – literaturoznawczyni i filolog polski (Uniwersytet Śląski), bibliotekarka specjalizująca się w literaturze dla dzieci, obecnie szkoli się w zakresie studiów życia rodzinnego oraz metod naturalnego planowania rodziny; pasjonuje ją odkrywanie powołania kobiety jako żony i mamy według Bożego zamysłu; żona Artura i mama Niny, mieszka w Knurowie. 

Fot. Kasia Lewek

Dział publicystyczny „Na werandzie” funkcjonuje dzięki wsparciu darczyńców Fundacji „SOWINSKY”. Możesz nam pomóc tworzyć i rozwijać tę przestrzeń przy pomocy wpłat na konto naszej Fundacji: 13 1140 2004 0000 3302 7887 9056 tytułem „darowizna na realizację celów statutowych”.

Dziękujemy za wsparcie! Dzięki Wam możemy tworzyć dalej. 🙂